|
|
|
Informacje praktyczne/Rumunia/Ballada o białym koniu i klasztorze
|
Dziesięć dni wystarczyło nam z Rafałem, by upewnić się, że Rumunia jest dla turysty z plecakiem kierunkiem wymarzonym. Wiemy też, że wrócimy tu jak najprędzej, by odkrywać oblicze tego szybko odradzającego się, a mimo to zupełnie niewspółczesnego zakątka Europy.
Kraina pasterzy
Pierwszy sygnał, że jesteśmy w kraju pasterzy, odebraliśmy u wrót Siedmiogrodu, w Vintu de Jos. Półgodzinną przerwę w podróży wykorzystaliśmy na spacer dla rozprostowania kości. Była niedziela, siódma rano. Przy głównej drodze gromadzili się ludzie odprowadzający krowy. Oddali je pod opiekę chłopcu wyekwipowanemu w bacik. Pożegnanie krów miało aspekt towarzyski. Gdy odeszły, właściciele mogli spokojnie porozmawiać z sąsiadami, popatrzeć, jaką pogodę zwiastuje niebo, i zerknąć na nas - turystów, dość tu oryginalne zjawisko. Ech, te różnice kulturowe - zastanawiałem się nad nimi wielokrotnie podczas naszej wycieczki. My staraliśmy się uwiecznić w obiektywie pasterzy. Oni - ilekroć zostałem w tyle, obserwowałem to z rozbawieniem - dyskretnie, z życzliwym, acz może nieco pobłażliwym wyrazem twarzy zerkali na podpierającego się teleskopowymi kijami Rafała. Pasterze (ciobani) wędrujący całymi dniami po górach ze stadem owiec i sforą psów też mają kije - solidne, długie, drewniane laski. To z jednej strony oręż, gdyż do stad, szczególnie nocą, potrafią podchodzić wilki i niedźwiedzie. Z drugiej zaś nieskomplikowany maszt do namiotu, jaki powstaje, gdy oparłszy go o ziemię, zawieszają na nim płaszcz albo baranicę. Klimat południowych Karpat, których najwyższe szczyty przekraczają 2500 m, jest ostry. Ludzie i zwierzęta pozostają więc na halach zaledwie trzy miesiące - od połowy czerwca do połowy września - póki w górach nie jest zbyt zimno.
Granica światów
Miejscem szczególnym związanym z wypasem jest staną - szałas. Nierzadko to po prostu prowizoryczne letnie gospodarstwo, w którym towarzyszące pasterzom rodziny zajmują się wyrobem sera. W najprymitywniejszych szałasach nie ma nawet podłogi. Gotuje się na ognisku, a dzieciaki od najmłodszych lat przyzwyczajają się do pracy na hali, i to nie tylko przy owcach. Stadom towarzyszy bowiem bydło, osły, kury, świnie i konie. Z tymi ostatnimi zwierzętami wiąże się jedna z najoryginalniejszych sytuacji, jakich byliśmy świadkami. Schodząc z Parangu drogą wiodącą przez stanę, na stokach Pa-puęy, napotkaliśmy stado koni. Ich przewodnikiem był biały ogier, charakterem dorównujący chyba tylko Gryfowi - „królowi wszystkich koni", którego dosiadał czarodziej Gandalf w Tolkienow-skiej trylogii. Nadchodząc, spłoszyliśmy młode ogiery i klacze pijące wodę w jarze przecinającym drogę. Biały ogier zareagował natychmiast groźnym, donośnym rżeniem i ruszył galopem w naszą stronę. Uznaliśmy, że najlepiej zejść mu z drogi, bo wyglądało na to, że w obronie młodszych koni będzie kopał i gryzł. Było to dobre posunięcie. Gdy tylko się odsunęliśmy, spłoszone konie zawróciły. Scena godna ballady, tym bardziej że niedługo potem stanęliśmy na drodze, której serpentyny wiją się od kilkudziesięciu lat przez wschodni skraj Parangu. Nie mogliśmy się oprzeć wrażeniu, że biały rumak ostrzegał nie tylko stado przed rozproszeniem, ale również nas przed przekroczeniem granicy światów.
Wielkie żarcie
Zostały za nami dzikie góry i stanęliśmy na wielkim placu budowy. Niegdyś była tu tylko kamienna cabana (schronisko) i parę drewnianych budynków. Dziś widać, jak Ranca zmienia się w turystyczny ośrodek. Działka przy działce powstają pensjonaty. Ba, wzniesiono nawet cerkiew bielejącą z oddali świeżymi gontami.
Cabanę „Bradul" rozpoznaliśmy bez trudu, bo jak to jest tu w zwyczaju, powiewały na niej rumuńskie flagi. Puste wnętrze w pierwszej chwili nie wyglądało zachęcająco. Jednak pojawienie się właścicielki rozwiało wszelkie obawy. Zaoferowała menu bazujące na baraninie. W solidnych porcjach ciorby pływały kawałki tłustego mięsa, a pieczona jagnięcina oraz posypane tartym owczym serem przysmażone ziemniaki pachniały znakomicie. Królewska uczta, najlepsza na naszej trasie i bodaj najtańsza. Razem z napojami 380 tysięcy lei - niespełna 25 złotych na osobę. I do tego przy muzyce, którą gospodyni włączyła chyba na naszą cześć. Kasetę miała jedną i chociaż repertuar Rafał określił jako turecko-dyskote-kowy, to wszystko razem nieźle do siebie pasowało.
Jaskinia Kobiet
Kres naszej górskiej wędrówki stanowiła położona blisko tysiąc metrów niżej miejscowość Baia de Fier. To właśnie stąd pochodzili ostatni ze spotkanych w górach ciobanów. Górną, północną, część osady zamieszkuje wiejska biedota. Domostwa pozbawione są studni. Wodę czerpie się z potoku lub przy sklepie pompuje do wiader. Nad osiedlem unosi się dym palonego drewna. Na majdanach chałup kopcą mielerze - sterty zazwyczaj bukowego drewna, palącego się powoli pod kożuchem z darni. Wypalanie węgla drzewnego jest jednym z podstawowych zajęć. Drugim - wypalanie wapna. Wieś leży bowiem przy wejściu do gardzieli wąwozu, którym potok Galbenul wypływa na równiny u południowych podnóży Parangu. Skalna brama zbudowana jest w dużej mierze z wapieni. W skalnych ścianach widać liczne otwory grot i jaskiń. W zachodniej woda wyrzeźbiła jedną z najpiękniejszych jaskiń Rumunii. Pectera Muierilor (Jaskinia Kobiet) ma blisko 600 metrów udostępnionego turystom, oświetlonego korytarza i wspaniałą szatę naciekową. Jest pomnikiem przyrody i miejscem badań naukowych, które doprowadziły do odnalezienia kości człowieka sprzed 29 tysięcy lat i szkieletów blisko dwustu niedźwiedzi jaskiniowych. Skąd wzięła się jej nazwa? Geneza sięga czasów ekspansji tureckiej, kiedy to kobiety z okolicznych wsi chroniły się w niej przed najeźdźcami. Pamiątką tych wydarzeń jest malowniczy stalagmit nazwany Turkiem, z tak ukształtowanym czubkiem, że do złudzenia przypomina turban.
Romowie stanowią blisko dwumilionową mniejszość narodową w Rumunii. Takie liczby podaje mieszczące się w Budapeszcie Europejskie Centrum Romów (http://www. errc.org). Wedtug danych rządowych jest ich zaledwie 48 tysięcy. W praktyce są jednak wszędzie. Podzieleni na liczne kasty, trzymają się macierzystych klanów. Chociaż zmuszeni do osiadtego trybu życia, kultywują nomadzkie obyczaje. Zamieszkują zazwyczaj najbiedniejsze osiedla. Żebrzą, grają na ulicach i handlują, czym się da. Jeden Cygan w Sibiu koniecznie chciat nam sprzedać patelnię, jednocześnie tłumacząc, że ma gromadę gtodnych dzieci. W Polovragi kilkunastoletnia Felicia z małymi braćmi biegta za mną przez wieś dopóty, dopóki nie zrobitem im zdjęcia. Chwilę później musiatem sfotografować jej liczną rodzinę przed ruderą, w której mieszkali, ale obok postawionej pod ptotem, zdezelowanej daci. Dziewczyna miata trudności z napisaniem adresu, ale jej babka ostukata mnie amuletami, mrucząc jakieś zaklęcia (chyba życzliwe, sądząc po intonacji). Na drugim biegunie cygańskiej society stoją samozwańczy królowie opływający w bogactwa nie mieszczące się w głowie (zresztą nie tylko przeciętnego Cygana). Taka sytuacja ma miejsce w Sibiu. Przed jedną z luksusowych willi znajdują się figury słoni. To dom samozwańczego „cesarza wszystkich Romów" luliana Radulescu (koronował się w 1993 roku). Wartość jego korony wysadzanej rubinami i diamentami ze złotymi cekinami szacowana jest na 87 min dolarów. Nieopodal znajduje się też barwny „pałac" jego kuzynów i konkurentów - również samozwańczych, tyle że „królów wszystkich Romów". Tytuł taki uzurpuje sobie od 1992 roku loan Cioaba, a od 1997 -jego syn Florin. Korona królewska wykonana jest ponoć z 24-karatowego złota.
Chwała księciu Br!ncoveanu
W bogatszej części Baia de Fier, położonej po południowej stronie skalnego wąwozu, znaleźliśmy pierwszą na naszej trasie bisericę (cerkiew) w stylu Brincovea-nu. Władający na przełomie XVII i XVIII stulecia Wołoszczyzną książę zasłynął jako fundator klasztorów i świątyń. Najsłynniejszym dziełem zatrudnionych przez niego budowniczych, malarzy, kamieniarzy i snycerzy jest klasztor w Horezu. Obronna budowla z cerkwią o białych ścianach znalazła się na Liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO i należy do najwspanialszych zabytków Rumunii. Jest jednocześnie żywym miejscem religijnego kultu.
Ponieważ książę odnowił wiele innych świątyń na swoich ziemiach, a do końca XVIII wieku naśladowano styl budowania i malowania z jego czasów, mówi się nawet o stylu Brincoveanu. Charakterystyczną jego cechą jest łączenie tradycji sztuki cerkiewnej proweniencji południowej z wpływami Siedmiogrodu, a więc tradycją środkowoeuropejską. I chociaż freski czy ikony nie naruszają kanonów prawosławia, to w biseri-cach pojawiają się otwarte arkadowe przedsionki, ozdobione wyrafinowanymi reliefami kamienne portale i obramienia okien, zaś we wnętrzach cudownie rzeźbione drewniane kolumny. Wśród fresków popularne jest przedstawienie Chrystusa Emanuela. Oryginalne malowidło: młodzieńcza twarz bez atrybutów męczeństwa ani typowej, zwłaszcza dla ikonografii ruskiej, surowości oblicza.
Pożegnalny chorał
O ile monastyr Horezu pozostanie w naszej pamięci jako godny uwagi europejski zabytek, o tyle sąsiedni klasztor Polovragi będzie już na zawsze miejscem absolutnie niezwykłym. Przyszliśmy tam pod wieczór i podobnie jak inni goście chcieliśmy opuścić teren klasztoru, by szukać noclegu nad potokiem, ale widok wchodzącej na dziedziniec rodziny z bagażami natchnął mnie, aby porozmawiać z furtianką. - Czy są tu miejsca noclegowe, hotel? - spytałem. - Ależ skąd - uśmiechnęła się. Jeśli jednak chcemy, możemy przenocować w dormito-rium. Rodzina, której widok Nie potrafię powiedzieć, jak jest w największych miastach ani w nadmorskich kurortach Rumunii, bo podczas tej wycieczki tam nie dotarliśmy. Ale na prowincji spotkaliśmy się jedynie z życzliwością i niewymuszoną uprzejmością. Jest faktem, że restauracje, szczególnie na południu, oblegają sfory wygtodniatych psów, żebrzące cygańskie dzieci, kaleki i starcy. Z drugiej strony zarówno w miastach, jak i w wioskach sklepy dziatają siedem dni w tygodniu, można w nich dostać wszystkie produkty spożywcze i przemystowe potrzebne turyście. Typowy „Magazin mixt" może nie mieć tabliczki, ale stoi przed nim kilka stolików z parasolami i... sterta butli z gazem. Rumunia przeżywa boom, w jakimś stopniu podobny do naszego na początku lat 90. Ożywit się handel, większość mijanych przez nas miejscowości, poczynając od potożonego po siedmiogrodzkiej stronie gór Sibiu, przez rozwijające się ośrodki turystyczne - Paltinis. i Ranca, po Horezu i Ramnicu Valcea na Wotoszczyźnie, to nieco chaotyczne, ale jakże dynamiczne place budowy. W tutejszych barach jedliśmy niezwykle tanio, bez szkody dla zdrowia, a z przyjemnością dla podniebienia. Jeździliśmy najzwyklejszymi pociągami i autostopem. I przez caty ten czas nikt nie próbowat wykorzystać naszej nieznajomości języka i obyczajów, by nas oszukać czy okpić. Wręcz przeciwnie, w cabanie „Obarsja Lotrului", gdy wysiadta żaróweczka mojej czołówki, gospodarz rozkręcit chyba wszystkie latarki w schronisku. I nie uczynit tego z chęci zysku, gdyż kwota pięciu tysięcy lei nawet za żaróweczkę jest symboliczna. Podobnie w cabanie „Canaia" pod Cindrelem, prowadzący ją staruszek odsprzedat mi nieużywaną, wydaną dobre 25 lat temu, mapę okręgu Sibiu. Za 100 tysięcy lei statem się posiadaczem kartograficznego curiosum z czasów Ceausescu.
mnie zainspirował, przyjechała w odwiedziny do jednej z zakonnic; zobaczyliśmy ich dopiero następnego dnia, gdy opuszczali klasztor. Czyli wieczorem byliśmy więc tylko my dwaj, kilkanaście sióstr i pop. Zastanawialiśmy się, czy stanowimy dla nich dopust boży czy dar niebios. Siostry nie miały z tym jednak problemu. Otrzymaliśmy solidną porcję wieczornej strawy: ziemniaki z serem, które w swej dobroci posypały obficie cukrem, i zsiadłe mleko. A po posiłku zaproszenie do bise-rici na wieczorne modły.
W ciszy wieczoru śpiew sióstr niósł się daleko poza klasztorne mury. Zgromadzone po dwóch stronach nawy wokół podświetlanych pulpitów intonowały na przemian chorał. Zza ikonostasu odpowiadał im celebrujący mszę kapłan. Gdy kolej przypadła na jedną z nowicjuszek, jej niepewny głos szybko wspomogła starsza siostra. Blisko trzygodzinna celebra stanowi nie lada szkołę charakteru. W wieczornej ciszy chorał brzmiał nieziemsko, choć nie rozumieliśmy słów. Gdy zaś w obrzędzie doszło do dzielenia się chlebem i winem, siostry zaprosiły nas do udziału w uczcie. Gdy się wzbranialiśmy, jedna ze starszych zdecydowanym gestem rozstrzygnęła nasze rozterki. A potem nalała resztę wina do kielicha i podeszła do nas z tacą. Równie stanowczo jak poprzednio nakłoniła nas do zjedzenia ostatnich porcji pszennego chleba i kazała dopić wino.
Żal było odchodzić w niedzielny poranek. Ostatecznie więc opuściliśmy klasztor dopiero około godziny 11, serdecznie żegnani przez siostrę furtiankę i dwie jej towarzyszki. Zanim jednak powiedzieliśmy „multumesk" i „la revedere", wysłuchaliśmy jeszcze niecodziennego koncertu na dzwony i... deski (wiszą obok dzwonów na wieży nad bramą). Mistrzowsko, w zawrotnie narastającym tempie zakonnice uderzały w nie drewnianymi młoteczkami. Koncert urwał się nagle, gdy prowadzącej wypadł z ręki jeden z nich. Pozostałe skwitowały to śmiechem. A gdy odchodząc wysadzaną drzewami aleją, odwróciliśmy głowy, równie pogodnie żegnała nas brama monastyru.
Tekst: Paweł Wroński
Podróże
10 / (64) 2003

|
|