Celnik wyciągnął rękę po paszporty i zapytał: - Transit to Bułgaria? - Nie, nie tranzyt, jedziemy do Rumunii! Nie wiem, czy coś zrozumiał, bo wręczając mi paszporty, westchnął, jakby zawiedziony: - Beautiful Romania...
AGNIESZKA RODOWICZ
Tuż za przejściem granicznym wjechaliśmy na szeroką, pełną wybojów ulicę. Po jednej stronie drogi rozciągały się pola, po drugiej straszyły kompletnie zrujnowane zabudowania zakładów przemysłowych. Wyobrażaliśmy sobie, że socjalizm zostawił w Rumunii sporo podobnych pamiątek, ale widok był gorszy niż to, czego się spodziewaliśmy. W ciągu najbliższych dni przekonaliśmy się, że podróżowanie samochodem z namiotem po Rumunii nie jest łatwe. Niemniej wróciliśmy zafascynowani tym krajem, pod wrażeniem jego urody.
Frytki w Ekwadorze Oradea w północno-zachodniej Rumunii, kilkanaście kilometrów od granicy z Węgrami, zaskoczyła nas kompletnie. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znaleźliśmy się w bajce. Większość budynków pochodzi tu z końca XIX wieku, panująca wtedy secesja najwyraźniej inspirowała budowniczych miasta. Fasady solidnych kamienic ubrali w fantazyjne wzory, miękkie linie, motywy roślinne. Do tego wieżyczki, kopuły, gzymsy i... różowe dachówki w odcieniach lodów truskawkowych lub cytrynowych.
Ruszyliśmy w kierunku Transylwanii. Przy drodze powstały na fali wczesnego kapitalizmu bar Ekwador, jaskrawopomarańczowy. Plastikowe krzesełka, plastikowa trawa na podeście i ani jednego gościa. Kelnerka rozbrajająco sympatyczna, mimo naszych groteskowych wysiłków odczytania z karty nazw dań. Jedzenie niewyszukane, ale bardzo smaczne:, soczysty filet z kurczaka, domowe frytki i pachnące pomidory prosto z ogródka. A potem mocna aromatyczna kawa. Nie chce się odjeżdżać.
Wbrew obawom okazuje się, że szosy w Rumunii, przynajmniej te główne, nie są złe. Mniej więcej w połowie drogi do Kluż Napoka dostrzegamy ciągnący się wzdłuż szosy szpaler kilkupiętrowych willi. Większość nieotynkowanych, z dachami przypominającymi te na chińskich pagodach. Fantazyjne kopuły wieżyczek pokryte blachą. Na dachuj ednego z domów pokaźnej wielkości znaki mercedesa. Łatwo się domyślić, że dziwne domostwa to pałace Cyganów. Zresztą w pobliżu widać grupę kolorowo ubranych Romów. Politycznie poprawne i używane powszechnie na określenie Cygana słowo „Rom" wzięło się od Vlax Rom - nazwy jednego z najstarszych szczepów cygańskich od wieków zamieszkujących Rumunię. Pojawili się na tych terenach prawdopodobnie w połowie XIII wiekuj ako niewolnicy Mongołów, biorący udział w wyprawach przeciwko krajom europej skini.
Władze komunistyczne zmuszały Cyganów do porzucenia koczowniczego trybu życia i osiedlania się w wyznaczonych blokach. Dzisiaj większość Romów prowadzi osiadły tryb życia, ale zdarzają się jeszcze grupy przemieszczające się po kraju taborami. W związku z tym trudno określić dokładną ich liczbę. Oficjalne statystyki mówią o 550 tysiącach, inne źródła podają liczbę dwóch, trzech milionów.
Secesyjny Pałac Kultury
W środku Kluż-Napoka rozpycha się długi na 70 i wysoki na 80 metrów (z wieżą) kościół św. Michała - pierwszy transylwański kościół halowy, jeden z największych w Rumunii. Jego budowa trwała ponad 170 lat, a obecny wyglądjest mieszanką gotyku, baroku i neogotyku. Wieczorem oświetlony reflektorami robi wrażenie groźnego. Przed kościołem na koniu dumna postać Macieja Korwina, według niektórych najwybitniejszego władcy Węgier. Korwin pochodził z Kluż-Napoka. Monument otrzymał jedną z głównych nagród na wystawie światowej w Paryżu 1896 r. Na granitowych płytach wokół kościoła ćwiczą akrobacje młodzieńcy na deskorolkach.
Na wzgórzu nad miastem trafiamy na kemping. Miejsca dużo, ale teren stromy. Wynajdujemy więc najmniej spadziste miejsce, rozkładamy namiot i urządzamy kolację na trawie.
Do Targu Mures docieramy koło południa następnego dnia, zwiedzamy kilka zabytków. Między innymi Cetate - twierdzę, którą wznosić zaczęto w XV w. na rozkaz Stefana Batorego. Liczące 800 metrów w obwodzie i wysokie na dziesięć metrów mury z kamienia i cegieł, zwieńczone czterema dwudziestometrowymi basztami przetrwały w niemal niezmienionym stanie.
Potem ruszamy w kierunku Palatul Culturii (Pałac Kultury) reklamowanego jako najwspanialsza secesyjna budowla Transylwanii. Trzykondygnacyjny gmach z lat 1911 - 13 - dzisiaj muzea Sztuki i Archeologiczne - zdobią kwiatowe reliefy, mozaiki przedstawiające wybitne osobistości miasta i witrażowe okna. Dachówki wyglądają jak drażetki w apetycznych kolorach. Wewnątrz marmury, wielkie lustra i freski, jak teatralne dekoracje.
Prawdziwy tabor cygański
Jedziemy teraz na północnywschód, w kierunku j eziora Izvoru Muntelui przez miejscowość Toplita. Według przewodnika w miasteczku znajdziemy basen zbudowany na termalnych źródłach oraz kemping. Krętymi, stromymi i dziurawymi drogami przedzieramy się naszym wiekowym oplem corsą pomiędzy wulkanicznymi Górami Gurgliiu i Kelimeńskimi. Mimo że oba pasma są dość wysokie (1600 - 2100 m n.m.p.) krajobraz jest łagodny, góry porośnięte lasami mieszanymi. Toplita jest wstrząsająco brzydka. W centrum królują odrapane bloki z powybijanymi szybami. Żadnego basenu nie znajdujemy. Kemping jest, ale w tej sytuacji uznajemy, że zdążymy dotrzeć przed nocą do innego, zaznaczonego na mapie nad samym jeziorem. Droga pnie się coraz wyżej. Mijamy masyw Cehalau, góry obfitujące w dużą ilość fantastycznych form skalnych, z najwyższym szczytem OcolasulMare i907mn.m.p.
Zaczyna zmierzchać, góry z każdą chwilą posępnieją. W pewnym momencie, przejeżdżając koło polany wciśniętej między wysokie skały, zauważamy drewniane wozydomy: jeden, drugi, trzeci... Trudno policzyć, ile ich jest.' Konie wyprzężone, ludzie kręcą się koło ognisk. Prawdziwy cygański tabor. Nie starcza nam jednak odwagi, by zatrzymać się i spróbować choć trochę poznać tych ludzi.
Zjeżdżamy nad jezioro, okrążamy je od północy, ale kempingu nie widać. Wyboista droga przechodzi w błotnistą. Nie ma żadnych latarni, a wielukierowcówjeździbez świateł. Wkońcu znajdujemy coś, co kiedyś było chyba kempingiem. Betonowy pawilon zamknięty na cztery spusty. Wokół w wysokiej trawie widzimy kilka namiotów, rozbijamy się więc obok. Ubikacje to dziury w betonowej wylewce, wody nie nia. Pozostaje skorzystać z krzaków i pobliskiego strumienia, w którym odbija się rozgwieżdżone niebo.
Wiszące mosty na Szeklerszczyźnie
Ranek budzi nas przeraźliwym chłodem i wilgocią. Ale słońce szybko się podnosi i błyskawicznie suszy namiot, ubrania i samochód. Jesteśmy na skraju Szeklerszczyzny, górzystej krainy, która rozciąga się między Targu Mures a Karpatami Wschodnimi. Mieszkają tu przede wszystkim Szeklerzy, przybyła przed wiekami ludność węgierskojęzyczna.
Jedziemy malowniczą wąską i krętą drogą wzdłuż rzeki Bystrzycy. Po jednej stronie pieni się górska rzeka, ponad którą przerzucone są wiszące drewniane mosty. Po drugiej stronie - drewniane domki z rzeźbionymi w drewnie bramami, elewacjami, zwieńczeniami dachów. Misterna, niemal koronkowa robota snycerska.
Mijamy głównie furmanki zaprzężone w konie z wielkimi czerwonymi pomponami zawieszonymi przy łbach.
W jednej z wsi robimy krótką przerwę w barze urządzonym na parterze drewnianego domu z gankiem. Lokalna oranżada jest w butelkach po cocacoli i fancie. Oryginalne etykietki zostały zdjęte ze szkła, na drugiej stronie zadrukowane nazwami swojskiego napoju i z powrotem przyklejone do butelek. Za kilka oranżad i kawę płacimy w przeliczeniu koło 5 zł. W sklepie bierzemy też białe wino za grosze, a przemiła sprzedawczyni wciska nam na odchodnym cukierki i macha na pożegnanie. Uroczy naród ci Rumuni. A może Węgrzy?
Lokal w stylu Ceausescu
Wczesnym popołudniem docieramy na skraj Bukowiny. Vatra Dornei, reklamowana jako jeden z największych w regionie kurortów, jest przyjemną miejscowością z rozległym parkiem zdrojowym Statiune, w którym kuracjusze i wczasowicze prowadzą ożywione życie towarzyskie. Starsi panowie grająna ławeczkach w karty, młodzież ze szkółki tanecznej dajepopisy na małej scenie, gnąc się w śmiałych pozach do latynoskiej muzyki. W centrum - pierwsze w Rumunii kasyno. Secesyjna budowlaz 1896 rokujest właśnie remontowana. Spacerując po deptaku Lucefarului, przyglądamy się sklepom. Ich zaopatrzenie przypomina nasze sprzed trzydziestu lat - na półkach: święte obrazki obok motków wełny, rżnięte nibykryształy i słoiki z ogórkami.
Pod wieczór docieramy do Suczawy. Szare bloki przy szerokim bulwarze Stefan cel Marę nie zachęcają do dłuższego pobytu, choćjesttuteż kilka interesujących zabytków. Pośród nich cerkwie, Muzeum Historii Bukowiny i Etnograficzne, ruiny Zamku Tronowego. Oglądamyje tylko z zewnątrz podczas wieczornego spaceru. Dokładniej natomiast zapoznajemy się z restauracją hotelu Sucava. Wnętrza lokalu, zastawa i menu nie zmieniły się tu chyba od czasów Ceausescu. Nawet przygrywający zespół żywcem wyjęty z lat 70. XX wieku. Jedzeniejestjednakdobre, okrągłe kelnerki w wieku balzakowskim władają kilkoma językami. Przy tym rachunek zaskakująco niski.
Malowany klasztor Rano w Suczawie podziwiamy na targu kopce wielkich grzybów, krążki pachnących serów i podłużne bochny chleba.
Złociste miody i stosy owoców. Wizyta na rynku kończy się jednak przykrym incydentem - jedna z kręcących się po targu Cyganek, korzystając z mojej nieuwagi, przecina mi torbę. Na szczęście spostrzegam to, nie udaje jej się nic ukraść.
Z zakupami w bagażniku ruszamy na poszukiwanie malowanych monastyrów. Bez kłopotu docieramy do Woroneża, 35 km od Suczawy. Pod klasztorem, wpisanym na listę Dziedzictwa Kulturowego UNESCO, mnóstwo turystów. Cerkiew św. Jerzego ufundowanego przez Stefana Wielkiego w 1488 r. monastyru pokryto w 1547 r. freskami. Malowidła zapełniają każdy skrawek ścian zewnętrznych. Niemal każdy z malowanych rumuńskich klasztorów wyróżnia się innym kolorem dominującym we freskach - w Woroneżu jest to niebieski.
Postanawiamy poszukać jeszcze mniej znanego klasztoru - w Rasca. Po ponad godzinie krążenia samochodem po wąskich drogach odnaj - dujemy monastyr położony wśród póliłąk. Otaczajągo mury obronne z XII w. z bramądzwonnicą. Centralną część kompleksu stanowi niewielka cerkiew z XVI w. Malowidła nie są tak dobrze zachowane jak w Woroneżu, ale równie piękne. W klasztorze panuj e niezwykły spokój, cały kompleks wypełnia ogród starannie utrzymany przez mnichów. Jednego z zakonników spotykamy w mrocznym wnętrzu świątyni. Opowiada nam coś z zapałem, ale nasza znajomość rumuńskiego nie wystarcza, by to zrozumieć. Kemping z gęsiami w tle Ruszamy w kierunku delty Dunaju. Nizinne tereny Mołdawii są jak okiem sięgnąć płaskie. Błotnista równina. Krajobraz ożywiają tylko sterczące gdzieniegdzie słupy wysokiego napięcia bez drutów i niedokończone betonowe budynki.
Wieczorem przeprawa przez Dunaj w miejscowości Gałacz. Na nabrzeżu stoi już kilka osób, taksówka i potężna ciężarówka załadowana balami drewna. Jako ostatni nym momencie trap osuwa się pod ciężarem samochodu i tylne koła wpadają do wody. Prom niebezpiecznie przechyla się najedną stronę, a my wraz z nim. Podkładanie pod koła pojazdu desek nie pomaga, łamią się z hukiem. Po półgodzinie udaje się wreszcie wciągnąć kolosa na prom.
Dalsza monotonna nocna jazda przez kolejną krainę Rumunii, Dobrudzę, w stronę czarnomorskiego wybrzeża. Koło drugiej w nocy udaje nam się znaleźć kemping. Jesteśmy jedynymi gośćmi. Na zardzewiałej karuzeli usadowiło się stadko gęsi. Ale w łazienkach jest ciepła woda.
Na plażę z prześcieradłem i poduszką
Na kolejne miejsce postoju wybraliśmy Historię - ruiny starożytnego miasta na półwyspie wcinającym się w jezioro Sinoie. Powstanie Histrii datuje się na VII w. p.n.e., kiedy przybyli tu koloniści z Miletu. Zbudowali oni miasto na wyspie w zatoce. Decyzja ta była przyczyną upadku kolonii. Z czasem Histria została odcięta od otwartego morza. Ostateczny upadek kolonii przypieczętował najazd Gotów w 248 r. Na pozostałościach greckich fundamentów wznosili budowle Rzymianie. Dzisiaj Histria to tylko resztki tych budowlii Muzeum Archeologiczne. Ponieważ upał jest spory, postanawiamy zanurzyć się w morzu. Mamy ochotę na dziką plażę, z dala od turystycznego tumultu. Parę kilometrów przed słynnym kurortem Mamaja, leżącym w połowie rumuńskiego wybrzeża, skręcamy wboczną drogę i trafiamy na wysoki klif. Na plaży zaskoczenie: samochody, wozy drabiniaste, pomiędzy nimi młodzież opalająca się na prześcieradłach i poduszkach! Chłopcy popisują się przed dziewczynami, jeżdżąc motorami i wzbijając fontanny piasku.
Woda okazuje się zimna i pełna wodorostów. Gdy tylko słońce chowa się za chmurami, ruszamy dalej. Konstanca w świątecznych dekoracjach.
Do Konstancy docieramy pod wieczór. Miasto obchodzi wła¬śnie jakieś święto. W porcie pływają oświetlone sznurami kolorowych żarówek statki, ulicami maszerują marynarze z płonącymi pochodnia¬mi, na scenach ustawionych przy nadmorskiej promenadzie hałasują zespoły rockowe. Dorośli tańczą na ulicach, dzieci bawią się bałonami. Nieco zaniedbane budynki Konstancy wyglądają w tej świątecznej scenografii całkiem ładnie.
Kolejny raz postanawiamy zaufać przewodnikowi, który obiecuje kemping w miejscowości Vama Veche, tuż przed granicą z Bułgarią. Tym razem ma rację. Okazuje się, że to urocza wioska nad samym morzem z wieloma dobrze wyposażonymi polami namiotowymi, pokojami do wynajęcia, pensjonatami. Popularność tego miejsca wśród młodzieży powoduje, że panuje tu luźna atmosfera. Jest też mnóstwo barów z dobrym jedzeniem. Cały dzień na plaży dobrze nam robi.
Pola Elizejskie po bukareszteńsku
Wypoczęci ruszamy w kierunku Bukaresztu, który późnym wieczorem wita nas koszmarnymi dziurami w ulicach na przedmieściach i przepięknymi budynkami w centrum. Tylko główne ulice są dobrze oświetlone.
Kolejny raz zawodzi nas przewodnik. Opisywany w nim kemping dawno zarósł chwastami. Pozostał tylko podejrzany pawilon, w którym urządzono knajpę. Kelnerka pozwala nam rozbić namiot na tyłach, w pobliżu budy z psem, który na każdy nasz ruch reaguje ujadaniem. Za lazienkę służy nanrwystająca ze ściany rura z ledwo kapiącą wodą.
W świetle poranka Bukareszt objawia nam wszystkie swoje uroki i mankamenty. Secesyjne i eklektyczne kamienice, zaniedbane, ale noszące ślady wielkiej urody stoją obok betonowych koszmarów. Piękne cerkwie zamaskowane są pudełkami bloków. Ciasna zabudowa ulic starego miasta krzyżuje się z gigantycznymi placami i arteriami szerszymi niż Pola Elizejskie.
Tę dziwną strukturę miasto zawdzięcza byłemu dyktatorowi. Ogromne betonowe przestrzenie centrum powstały w trakcie zarządzonej przez Ceausescu „modernizacji" stolicy. Wyburzono południową część centrum, stawiając na miejscu zabytkowych cerkwi i kamienic monumentalne, socrealistyczne kolosy. Największy z nich to Pałac Parlamentu, największa po Pentagonie budowla na świecie.
Muzeum chłopa w stolicy
Najciekawsze zakątki miasta zlokalizowane są w niezbyt rozległym centrum. Wędrujemy przez Bukareszt dwa dni, wstępując do cerkwii, zaglądając w podwórka, próbując regionalnych potraw w rustykalnie urządzonych knajpkach.
Największym naszym odkryciem jest fantastyczne Muzeum Taranului Roman (Muzeum Chłopa Rumuńskiego w dosłownym tłumaczeniu). Zbiory gromadzone w wielkim neoklasycystycznym gmachu obejmują fragmenty drewnianej architektury, narzędzia, stroje, stare fotografie, sztukę ludową. Wszystko to ciekawie wyeksponowane i opisane, poruszy nawet kogoś nieinteresującego się etnografią.
Dalsza trasa naszej wyprawy wiedzie ponownie przez Transylwanię i kończy się w Oradei. Objeżdżamy więc Rumunię wokoło, ale po dwutygodniowej podróży mamy wrażenie, że ledwie spróbowaliśmy, jak smakuje Rumunia. To przepiękny kraj, który kryje w sobie jeszcze wiele niespodzianek. Tyle że trzeba .cierpliwości i czasu, by go lepiej poznać.
Warto wiedzieć
Transport
Jeśli podróżujemy w kilka osób, najtaniej będzie jechać samochodem. Własny pojazd przydaje się też na miejscu. Wprawdzie komunikacja publiczna istnieje, ale w niektóre mniej dostępne rejony kraju trudno się dostać. Przyjemnie podróżuje się też pociągami, które są tanie i mają całkiem gęstą sieć.
Jeżdżąc samochodem, trzeba uważać na dziury w drogach (zdarzają się spore, choć wiele dróg, przede wszystkim w Transylwanii, jest bez zarzutu), innych kierowców, bo wieczorem i w nocy często nie używają świateł, a na prowincji nieoświetlone furmanki. Benzyna jeszcze tańsza niż w pozostałej części Europy, litr benzina eco premium +95 kosztuje 3,27 lei (3,8 zł).
Jedzenie
W nowych restauracjach ceny podobne do polskich, w lokalach starej daty, barach mlecznych jest bardzo tanio, ale wybór niewielki. Na targach i przydrożnych stoiskach można kupić bardzo dobre pieczywo, sery, warzywa, owoce.
Pieniądze
1 euro to około 3,30 lei. W obiegu są monety 1, 5,10, 50 bani oraz banknoty 1, 5,10, 50,100, 500-lejowe. W większych miastach są bankomaty. Najłatwiej wymienić euro, można robić to w bankach lub kantorach. Wymiana na czarno jest nielegalna.
Dzienny budżet to minimum 10 - AO euro, w zależności od regionu. Najwięcej wydamy na noclegi: hoteli jest mało, są drogie i kiepskiej jakości. A liczne niegdyś kempingi mocno przetrzebione. Cena za rozbicie namiotu 2 - 10 euro, domek kempingowy zwykle dwa razy więcej. Coraz więcej jest pensjonatów, pokojów do wynajęcia po 9 - 30 euro za noc od osoby. W stolicy i najbardziej turystycznie rozwiniętych regionach (Transylwania, wybrzeże) jest już trochę hosteli, cena za noc w kilkuosobowej sali od 15 euro.
Przewodnik
Korzystałam z przewodnika Witolda Korsaka i Jacka Tokarskiego „Rumunia" wydanego przez Pascala. Informacje ogólne dotyczące kraju dość wyczerpujące, w części praktycznej enigmatyczne opisy utrudniały lub uniemożliwiały dotarcie do poszukiwanych przez nas miejsc, wiele z opisanych kempingów nie działało.
Rzeczpospolita
mojepodróże
5 października 2007