= Strona główna
 = Informacje praktyczne
 = Lektury
 = Relacje
 = Galerie
Informacje praktyczne/Ukraina/Huculszczyzna - Magiczne Góry
Tak właśnie wędrowałem wśród was za młodu - połoniny i góry tamtych łat (...). To wy szczyty lasy i bezdroża Czarnohory nauczyłyście mnie szukać ścieżek samotnych, a nie ludnych gościńców i omijać miejsca, gdzie wzrok nie mógłby krążyć aż po granice widnokręgu.

W. Tarnawski

Do czarnohorskiej krainy po raz pierwszy dotarliśmy osiem lat temu. Ukraina była wtedy bardzo młodym państwem - tego lata obchodziła piątą rocznicę uzyskania niepodległości. To był nasz pierwszy wyjazd na wschód. Byliśmy pełni entuzjazmu, wielkich nadziei, ale także mieliśmy spore obawy.
Wprawdzie znajomi z warszawskich klubów górskich zdążyli już przetrzeć szlaki na Ukrainie, ale wiedzieliśmy, że zwykle wyruszali licznymi grupami prowadzonymi przez doświadczonych przewodników.
Autobus z Przemyśla był brudny i duszny, wypchany po sufit tobołkami ukraińskich handlarzy i rumuńskich Cyganów. Przez całą drogę kierowca straszył nas bandytami i stanowczo namawiał do powrotu. Widok zaniedbanych i ponurych miast za oknem nie dodawał otuchy. Prawie dwie doby jechaliśmy z Warszawy do podnóża Czarnohory środkami lokomocji o coraz niższym standardzie. Jednak gdy na końcu długiej drogi powitał nas widok toczącego wzburzone wody Czeremoszu i ciemnych świerków przetkanych mgłą, poczuliśmy, że czeka nas wspaniała wyprawa warta wszelkich trudów. Jeszcze tego samego wieczoru, nakarmieni huculskimi pierogami i mlekiem, pośród upajającego zapachu czerwcowych hal i melodii pieśni huculskich zrozumieliśmy, że to właśnie tutaj chcieliśmy zawsze dotrzeć.

Nowa fala
Zakręty historii omijały Huculszczyznę przez wieki. Kraina żyła własnym życiem z dala od świata, choć powstawały i upadały państwa, na których terenie się znajdowała: Rzeczpospolita, Austro-Węgry i Związek Radziecki. Jedynie podczas pierwszej wojny światowej rejon odegrał rolę w historii Europy, gdy granią Czarnohory przechodził front. Pozostałością po tamtych czasach są kamienne ściany okopów pośród falujących na wietrze traw połonin, zardzewiałe kłębowiska drutu kolczastego i sterty łusek w dawnych gniazdach karabinów maszynowych. Ślady po polskim panowaniu to przede wszystkim kamienne słupki na grzbiecie Czarnohory wyznaczające w czasach II Rzeczypospolitej polsko-czechosłowacką granicę. Ustawione wzdłuż głównej grani Karpat Wschodnich, numerowane i zaznaczone na przedwojennych mapach, są dziś doskonałymi punktami orientacyjnymi dla turystów. Nieraz ratowały nas przed zabłądzeniem pośród zarośniętych kosodrzewiną szczytów. Symbolem dawnych czasów są też czerniejące na garbatym grzbiecie góry Pop Iwan ruiny obserwatorium astronomicznego. Wybudowane z wielkim trudem i ogromnym nakładem środków obserwatorium oddano do użytku w lipcu 1938 roku. 14 miesięcy później polski personel zmuszony był opuścić placówkę. Z niegdyś imponującego budynku dziś pozostały tylko ziejące pustką mury.

Domy na stokach
Do wsi Dzembronia, Bystrec, Borkut i Zełene wciąż trudno dojechać, a stan drogi budzi obawy nawet ukraińskich kierowców. Dzembronia i Bystrec to przepiękna kraina tysiąca wzgórz i łąk rozdzielonych świerkowymi lasami, malowniczych stogów otoczonych woryniami (płotami) i wąskich ścieżek trawersujących zbocza pomiędzy kolejnymi chatami Hucułów. Zagrody rozrzucone są wysoko po górach. To niewątpliwie najbardziej charakterystyczna cecha tutejszego krajobrazu, która zadziwia wszystkich przybyszów - Huculi zawsze słynęli z tego, że budowali chaty z dala od innych zabudowań, wysoko nad doliną.
Tu każdy dom ma własny strumyczek, którego źródła biją w pobliskim wilgotnym cieniu świerczyny, własny rozłożysty jawor lub jesion, maleńki sad z niziutkimi jabłoniami i własny - zawsze trochę odmienny - widok na grań Czarnohory. Huculi nade wszystko cenią swobodę i każdy z nich chce mieć swój kawałek gór. Nic nie potrafiło tego zmienić - ani kolektywizacja, ani elektryfikacja. Do położonych wyżej gospodarstw elektryczność dotarła bardzo późno, w wielu nie ma jej do dziś. Okna niektórych chat wciąż migocą tajemniczym i ciepłym światłem naftowych lamp. I nie jest tak, że najbogatsi górale żyją w dolinie przy drodze, gdzie docierają media. Wójt gminy obejmującej dziesiątki rozrzuconych na ogromnym obszarze chat mieszka na samym szczycie rozległego wzniesienia dzielącego dwie wsie. Do jego omiatanej wichrami zagrody tak samo długo podchodzi się z Dzembronii, jak z Bystreca.
Piękny to zakątek naszej ziemi ten Beskid huculski. - Jak fale rozhukanego morza skamieniałe [...] wydają się te potężne łańcuchy gór, spiętrzone, wybujałe, biegnące w siną dal bez kresu i końca - a nad tym morzem jak granitowa opoka błyszczy wspaniała siostrzyca Tatr - Czarna Góra, ubrana śniegiem i obłokami. Posępna, mroczna puszcza okrywa boki tych gór, a rozległe ich grzbiety świat połonin, po których wiatr pędzi zielone fale traw...
F. Nowicki, „Fedor. Opowieść huculska", 1885 r.

Nam zajmuje to godzinę, wójtowi zapewne znacznie mniej. Huculi przyzwyczaili się do codziennych długich wędrówek w dół i w górę. Czasem zdarza się, że gdy w szczycie formy podchodzimy żwawo po stromym stoku, nagle wyprzedza nas uśmiechnięta staruszka ze słowami „Sława Isusu Chri-stu". „Na wieki wieków" - odpowiadamy zasapani, a ona już znika za wniesieniem.
Jeszcze tylko widać czerwoną chustę, motykę i worek kartofli, który taszczy na plecach.

W starej chacie
Po okresie stalinizmu huculska tradycja straciła z pewnością bardzo wiele ze swej wyrazistości i barwności. Jednak w porównaniu z nierzadko całkowicie wypranymi z folkloru i religii innymi rejonami byłego ZSRR dumnym i niezależnym Hucułom udało się przechować dużą część swej niezwykłej kultury. Widać to szczególnie w święta, gdy przy cerkwiach zbiera się kolorowy tłum Hucułów w tradycyjnych haftowanych koszulach - soroczkach - i grubych baranich kubrakach wyszywanych w barwne wzory.
Wzdłuż asfaltowej drogi w dolinie stoją już przeważnie nowe, malowane domy. Ale w rejonie górnego Czeremoszu wciąż jeszcze pełno jest starych chat huculskich. Dokładnie takich, jakie zwiedzają turyści we lwowskim skansenie - nieco podłużnych, z gontowym dachem do ziemi i długim gankiem, na który prowadzą kamienne schodki i maleńka furtka. Za drzwiami - długa, ciemna

Tu każdy dom

ma własny

strumyczek, wtasny

rozłożysty jawor lub jesion, maleńki

sad z niziutkimi

jabłoniami i własny

widok na grań

Czarnohory

sień. Po jednej stronie niewielka kuchnia z bielonym piecem zajmującym nierzadko trzecią część pomieszczenia. Po drugiej duża izba - zwykle nieużywana, zatopiona w ciszy ikon i zapachu zleżałych wełnianych koców. Na Huculszczyźnie fascynujące są nie tylko wycieczki w góry, ale także wyprawy po strychach i komorach chałup. Ileż tu wiązanych wierzbą beczułek na mleko i żętycę (takie beczułki wciąż się tu wyrabia), ogromnych kadzi z uszami lub małych drewnianych cebrzyków. Ileż pięknie zdobionych, zakurzonych kołowrotków, glinianych mis malowanych w charakterystyczne dla regionu brunatno-zielone wzory.

Na swoim
Dziś trudno dokładnie powiedzieć, kiedy myśl stała się marzeniem, a marzenie decyzją, która przerodziła się w działanie. Wiadomo tylko, że i my postanowiliśmy mieć swój pagórek z jesionem, strumyczkiem i własny widok na ośnieżony grzbiet Czarnohory. Poszukiwanie odpowiedniej chaty zajęło nam pół roku. Zaglądaliśmy do napotkanych pustych domów, rozpytując we wsi o właścicieli, lub odwrotnie - pytaliśmy o opuszczone zagrody, a potem próbowaliśmy je odnaleźć we wskazanym miejscu. Nie było to proste, bo dla Hucuła chata stoi zawsze „zaraz tutaj, na górce". W tych dniach pokonaliśmy wiele kilometrów, wdrapując się do kolejnych przysiółków.

Czarnohora - turystyczne odkrycie
Z każdym rokiem na szlakach i w huculskich wioskach przybywa polskich turystów - przyjeżdżają na sylwestra, na Wielkanoc, na dtugi majowy weekend. Nie są to już, jak początkowo, jedynie duże zorganizowane wyjazdy klubów górskich zainteresowanych żwawym przejściem gtówną granią Czarnohory. Coraz częściej przybysze z Polski spędzają czas na spacerach po ukwieconych tąkach pogórza, zaglądaniu do najdalszych przysiótków rozlegtych wsi, na zakupach na huculskim jarmarku lub wizytach w cerkwiach. Wiosną nad rzeką Czeremosz spotykają się ludzie szukający mocnych wrażeń. Dziesiątki śmiałków przyjeżdżają, by zmierzyć się z burymi bałwanami wezbranej po roztopach rzeki. Sptyw Czeremoszem uznawany jest za jeden z najtrudniejszych w Europie. Wśród licznych dolin i zakątków Czarnohory Polacy zdecydowanie preferują obszar górnego biegu Czeremoszu - okolice wsi Bystrec i Dzembronia. To tylko kilkanaście kilometrów od miasteczka Werchowyna, dawniej Żabiego - uznawanego niegdyś zwyczajowo za stolicę Huculszczyzny. W Bystrecu stat dom polskiego pisarza Stanisława Vincenza, autora poświęconego Huculszczyznie cyklu epickiego „Na wysokiej połoninie". Tutaj najczęściej kwaterują na dłużej polskie grupy. Niektórych wiedzie nad Czeremosz sentyment do przeszłości, innych przyciąga piękny, niepowtarzalny krajobraz tego miejsca, które mimo nieodwracalnych zmian niewiele straciło ze swej niedostępności znanej z XIX-wiecznych opisów.

Wycieczka do jednego domu nierzadko zajmowała kilka godzin, a chat do wyboru było mnóstwo. Każda kolejna zdawała się piękniejsza, bardziej malowniczo położona. Jednak po pewnym czasie zaczęliśmy zwracać uwagę także na praktyczne szczegóły, jak stan podłogi, pieców czy dachu. Dom, który podobał nam się najbardziej, był zamknięty, a sędziwa gospodyni, która kilka lat wcześniej zdecydowała się przenieść niżej, do wsi, zgubiła klucz. Gdy zaglądaliśmy przez zasłonięte kocami okna, czuliśmy, że to tu będzie nasze miejsce na Huculszczyznie. Od razu po zakupie domu trzeba było wyłamać drzwi. W środku znaleźliśmy osnute pajęczynami kompletne umeblowanie typowe dla każdej huculskiej chaty - długie ławy i drewniane łóżka. Najpiękniejszy był ogromny bielony piec z gliny - ruski, z półkolistą wnęką do pieczenia chleba i zapieckiem do spania. Nasz zapiecek to miejsce zaledwie dla jednej osoby, ale w bogatych huculskich chatach są zapiecki, na których mieszczą się nawet trzy. Generalny remont z pomocą grupki znajomych zajął dwa czerwcowe tygodnie. Z tego okresu najlepiej zapamiętaliśmy wonne wieczory, gdy siadaliśmy wszyscy przed naszą chatą i obserwowaliśmy, jak szczyty Czarnohory osnuwa różowy welon zachodu.

Wszystkie odcienie Huculszczyzny
Od tej pory chata stała się naszym drugim domem. Miejscem, gdzie spotykamy się z przyjaciółmi. Siedząc wokół glinianego pieca przy migoczących płomieniach świec i ze szklaneczką grzanego wina, spędzamy razem długie, zimowe wieczory. Chata mobilizuje nas do wyjazdów i pozwala poznać Czarnohorę w różnych, często pozornie nieatrakcyjnych porach roku.
Wiosna długo zmaga się tu z nieustępliwą zimą, by wreszcie obwieścić swoje nadejście barwną feerią kwiatów i odurzających zapachów. Najpierw spod łat śniegu kiełkują krokusy - zbocza stają się liliowe aż po same szczyty połonin. Potem w wilgotnych jarach zakwitają złote dywany kaczeńców, a wkrótce bielą się sady przy chatach.
Lato to czas sianokosów. Na wysokie łąki wychodzą zastępy kosiarzy i przesuwają się ławą w poprzek zbocza. Na odległe od wsi połoniny pasterze wypędzają stada krów i owiec. Karpaty Wschodnie to jedno z nielicznych miejsc w Europie, gdzie zachowała się tradycyjna gospodarka pasterska. Wysoko w górach pasterze mieszkają w kurnych szałasach - kolibach.
Stad strzegą białe owczarki z obrożami nabijanymi długimi gwoździami. Ponoć to jedyny sposób, by uchronić psa przed zagryzieniem przez wilki. Pasterze są niezwykle gościnni i zawsze mogliśmy liczyć na ich pomoc, gdy zziębnięci i przemoczeni gubiliśmy drogę wśród połonin. Kiedyś zatrzymaliśmy się na nocleg w pasterskiej stai. Pasterze odstąpili nam jeden z szałasów, a młody Hucuł rozpalił w nim ognisko. Po wieczornym udoju wszyscy przyszli do nas i usiedli wokół ognia. Przynieśli mleko, huculską horiłkę (samogon), kukurydzianą kuleszę i słoninę. Syci i rozleniwieni próbowaliśmy żartować z nimi w nieporadnej jeszcze huculskiej gwarze. Nagle gwałtowny wybuch sprawił, że wszystkie szczapy wystrzeliły w zadymioną powałę chaty, ognisko zmieniło się w snop iskier, zapanowała ciemność i kompletna cisza. W końcu ktoś spytał, czy żyjemy, a potem wszyscy Huculi wybuchli śmiechem, Hucuł - to chociaż pasterz osiadły, lecz w mniejszym lub większym stopniu koczownik. Świadczy o tern najwymowniej brak w nim instynktu gromadno-ści. Nie lubi on zbyt bliskiego sąsiedztwa i nie znosi tłoku. Zagrody swoje buduje z dala od dróg, w środku swojej ziemi, aby być dalej od sąsiada...

F.A. Ossendowski,
„Huculszczyzna", 1936 r.

a my wraz z nimi. Z ogniska wytoczyła się duża zardzewiała łuska, jakich pełno na stokach Czarnohory od czasów pierwszej wojny światowej.
Pasterze schodzą z połonin we wrześniu. To znak nadejścia jesieni. Czasami pięknej i barwnej, czasami nieznośnie dżdżystej i błotnistej, lecz zawsze pełnej grzybów. W rozrzuconych na stromych stokach kępach drzew pojawiają się setki wspaniałych prawdziwków i rudogłowych kozaków. W chatach nad piecami zawiesza się wonne, brązowe łańcuchy.
W listopadzie zamarza błoto na górskich ścieżkach, a szumiące i bystre potoki uspokajają się pod kruchym i nierównym lodem. Gdy wszystkie pagóry pokrywa już gruba warstwa śniegu, gospodarze zaczynają zwozić siano, które latem zgromadzili w wysokich stogach na odległych łąkach. Śnieg skrzypi pod ciężkimi saniami, końskie grzbiety parują. Zimą na stokach ponad chatą spotykamy czasem ślady wilczych watah. Ostatnio znaleźliśmy tam także przeżute jabłka, być może ślad ucztowania niedźwiedzia. Sąsiadka zza górki, od której kupujemy chleb, zaprowadziła nas później do miejsca, gdzie w krowim placku dokładnie odbiła się uzbrojona w pazury niedźwiedzia łapa.
Zimą chatę docenia się najbardziej. Gdy po całodniowej wyprawie docieramy o zmroku do naszego dalekiego przysiółka, ciemniejący pośród srebrzącego się śniegu domek z żółtym światłem w maleńkich oknach i smużką dymu unoszącą się z komina jest dla nas najpiękniejszym widokiem na świecie.

Tekst: Julita i Stanisław Pagacz
Podróże
11 / (77) 2004