|
|
|
Informacje praktyczne/Węgry/Lampka wina nad Dunajem
|
W Budapeszcie czuć wielkomiejskiego ducha. Jest co zwiedzać i gdzie spacerować. Kąpiel w słynnych łaźniach też stanowi kuszącą propozycję. Dzięki dogodnemu połączeniu lotniczemu wyjazd na dwa dni nabiera sensu. Potrzebny jest przy tym tylko jeden nocleg, a więc i koszty eskapady nie będą rujnujące.
PAWEŁ WROŃSKI
Przej azd z lotniska do centrum miasta zabierze nam niespełna pół godziny. Kiedy już zostawimy rzeczy w hotelu, postarajmy się dotrzeć do jednej z najsłynniejszych ulic Budapesztu - Vaci utca. Ciągnie się ona od wielkiej XIX-wiecznej hali targowej (Kózponti Vasarcsarnok, przy Fóvam ter 1-3) aż po plac Vórósmartyego (Vórósmarty ter), wśród wspaniałych eklektycznych i secesyjnych kamienic, których partery zajmują eleganckie sklepy i butiki.
Nikt zapewne nie jeździ do Budapesztu po kwiaty czy lekarstwa, ale tak się składa, że właśnie kwiaciarnia i apteka mieszczą się w najwspanialszych domach. Kwiaciarnia Philanthia pod numerem 9.
Przykuwa wzrok dekoracją witryn i złotymi, stylowymi literami szyldu. Z kolei na rogu ulic Vaci i Kigyó znajduje się najstarsza działająca w mieście Apteka Trójcy Świętej (S zentharomsag).
Na Vaciutcajest także sporo sklepów z antykami. Najwięcej jednak jest ich przy małej uliczce Falk Miksa (tak się nazywał osobisty nauczyciel węgierskiej cesarzowej Sissi) - na krótkim odcinku ponad 20.
Wspomniana hala targowa (jest jeszcze kilka innych) nosi nazwę Centralnej. Ściany i fasada są wprawdzie kamienne, ale konstrukcj a wspiera się na wykonanych z żelaza słupach i dźwigarach. Jak warszawska hala na Koszykach. Wzorowana na podpatrzonych w Wielkiej Brytanii konstrukcjach była na przełomie XIX i XX wieku niezwykle nowoczesnym gmachem. Każdego, kto tu wejdzie, oszołomi liczba stoisk wypełnionych po brzegi warzywami, owocami, wiszącymi pętlami salami, butelkami węgierskich win i ziołowego likieru Zwack, sznurami suszonej ostrej papryki i warkoczami czosnku.
Na galerii, na którą prowadzą żeliwne schody, można zaopatrzyć się w tradycyjne węgierskie koronki, majoliki, materiały, wyroby z drewna.
Przy placu Vórósmartyego kończącym Vaciutca znajduje się słynna budapeszteńska kawiarnia i sklep cukierniczy Gerbeaud Haz (Vórósmarty ter 7). Koniecznie trzeba skosztować jednego z tortów: dobosza lub Esterhazy'ego, i popić kawą, z której słynie ta restauracja założona w 1858 roku przez rodzinę cukierników wywodzących się ze Szwajcarii.
Dzwon prawie jak Zygmunt
Z ulicy Vaci niedaleko jest do bazyliki św. Stefana (Szent Istvan Bazilika, Szent Istvan ter 1-3), gdzie w złotym relikwiarzu przechowywane są szczątki świętego, oraz do parlamentu (Orszaghaz, Kossuth ter 1-3).
Oba gmachy powstały w tej samej epoce - w drugiej połowie XIX wieku. Każdy z nich wieńczy kopuła. Każda tej samej wysokości - 96 metrów. W ten sposób symbolicznie Węgrzy wskazali, jakie są dwa filary ich państwa - religia, utożsamiana też z tradycją, i władza świecka.
Bazylikę zbudowano na planie krzyża greckiego. Na jej wieży brzmi największy dzwon w madziarskim państwie, ważący 9 ton Neue Bildpost (tylko trochę mniejszy od naszego dzwonu Zygmunta z wawelskiej katedry, który waży prawie 11 ton). Nazywa się z niemiecka, bo ufundowali go po wojnie niemieccy katolicy jako zadośćuczynienie za dzwon zrabowany przez hitlerowskie wojska w 1944 roku. Galeria obiegająca kopułę jest jednym z najlepszych punktów widokowych w mieście.
Najcenniejsze insygnia
Parlament, wizytówka Budapesztu, przegląda się w wodach Dunaju. Jego bryłę zdobią liczne neogotyckie wieżyczki i sterczyny, przez co masywna w istocie bryła sprawia zaskakuj ąco lekkiej. Imponujący budynek mierzy 286 metrów długości. Każdy, kto widział gmach parlamentu londyńskiego, zauważy podobieństwo obu budynków. Rzeczywiście, węgierski architekt Imre Steindl wzorował się na gmachu znad Tamizy. A wszystko za sprawą hrabiego Istvana Szechenyiego, polityka, w 1848 r. ministra robót publicznych w rządzie rewolucyjnym, inicjatora reform, który wiele podróżował, między innymi do Anglii, skąd wrócił pełen pomysłów na nowoczesne rozwiązania. Jemu zawdzięczają Węgrzy regulację Dunaju, uruchomienie żeglugi parowej na krajowych rzekach i fundację Węgierskiej Akademii Nauk. Architektura parlamentu jest ukłonem wkierunku brytyjskich fascynacji
Szechenyiego.
Ściany, sklepienia i okna ogromnych wnętrz pokrywają malunki i witraże przedstawiające postaci, które wywarły największy wpływa na historię Węgier. Wraz ze wzorami roślinnymi jest to prawdziwy popis sztuki dekoratorskiej. Najbogatszy wystrój ma centralna sala pod kopułą. Właśnie w niej wystawione są węgierskie insygnia królewskie: korona św. Stefana, jabłko i miecz koronacyjny. 27 metrów wyżej rozpościera się gwiaździste sklepienie kopuły wspartej na 16 filarach ozdobionych postaciami władców Węgier.
Z koroną wiąże się ciekawa legenda, przytoczona w spisanym w XII w. żywocie św. Stefana. Ponoć była przeznaczona dla Chrobrego, ale tuż przedjej wysłaniem słowiańskiemu władcy papieżowi ukazał się archanioł Gabriel i nakazał przekazać koronę węgierskiemu księciu. Do insygniów nie wolno się zbliżać, by nie uruchomić systemu alarmowego. Już raz Węgrzy utracili koronę. Wywieziona przez Niemców pod koniec II wojny światowej trafiła do Ameryki, skąd nad Dunaj wróciła dopiero w 1978 roku. W parlamencie umieszczono ją w roku 2000, na tysiąclecie przyjęcia chrześcijaństwa.
Most z dwoma lwami
Pierwszy dzień w Budapeszcie powoli dobiega końca. Ale został j eszcze wieczór. Warto się przenieść z Pesztu do Budy. Najlepiej przez most łańcuchowy - drugi po parlamencie sztandarowy obiekt węgierskiej stolicy.
Inaczej niż w Warszawie spacer po moście sprawia przyjemność. Dunaj nie rozlewa się w mieście tak szerokojak Wisła w Warszawie. Nie jest więc daleko, a z mostu widać ładną panoramę starej części miasta, której zwarta zabudowa z obu stron schodzi do samej rzeki. Do tego Węgrzy nie szczędzą pieniędzy na oświetlenie mostów i ważnych obiektów. Przyczółków mostu łańcuchowego (Lanhid) strzegą kamienne lwy. Na moście panuje zazwyczaj spory ruch. Przęsła uginają się, trzeszczą gigantyczne ogniwa łańcuchów. Jeden z najważniejszych symboli węgierskiej stolicy jest jednocześnie naj ście stałą przeprawą przez Dunaj. Jego otwarcie w 1849 roku wyprzedziło o trzydzieści lat administracyjne zjednoczenie Starej Budy, Budy i Pesztu.
Pomysłodawcą budowy mostu był znany nam już hrabia Istvan Szechenyi. Z jego też inicjatywy do realizacji przedsięwzięcia zaangażowano angielskich inżynierów. Tierney William Clark stworzył projekt, a jego brat Adam kierował budową. Ale podczas uroczystego otwarcia pękło ogniwo jednego z łańcuchów. Całe przęsło runęło do wody, zabijając ludzi i wywracając łodzie zgromadzonych notabli. Naprawiony most wpisał się jednak na stałe w krajobraz miasta. A Adam Clark ożenił się z Węgierką i osiadł nad Dunajem.
Po stronie Budy od mostu łańcuchowego niedaleko już do schodów prowadzących do Baszty Rybaków. Z podcieni jej galerii widać świetnie Dunaj oraz Peszt z dominującymi w krajobrazie budynkami parlamentu i bazyliki św. Stefana. Baszta (Halaszbastya) jest neogotycką kamienną budowlą o białych ścianach. Pełnijedynie funkcje dekoracyjne, ale jej nazwa nawiązuje do dawnych wieków, gdy obrona tej części murów opasujących zamek królewski w Budzie była obowiązkiem rybaków.
Krużganki Baszty Rybaków otaczają niewielki plac, na którym wznosi się konny pomnik króla Stefana, założyciela państwa madziarskiego. Koronowany przez cesarza Ottona III został kanonizowany w XI wieku, niedługo po śmierci. Jest patronem węgierskiego państwa.
Dyskoteka na barce
Obok wznosi się katedra Najświętszej Marii Panny, nazwana kościołem Macieja (Matyas templom). Gotycka świątynia była miejscem koronacji kilkunastu węgierskich władców. Nazwę zawdzięcza Maciejowi Korwinowi, który panował w latach 1458 - 1490. Ten okres uchodzi za złoty wiek Budy. Król wybudował górujący dziś nad tą częścią miasta zamek, założył bibliotekę, która liczbą woluminów ustępowała jedynie księgozbiorowi watykańskiemu, a w katedrze brał dwukrotnie ślub.
Gotycka świątynia ledwo przetrwała dziejowe zawieruchy. Pod panowaniem Turków była zamieniona na meczet. W XIX wieku była wtakim stanie, że groziłojej zawalenie. Prace nad odbudową trwały 23 lata, zakończono je w 1896 roku, na obchody tysiąclecia osiedlenia się Węgrów na Dunajem.
Świątynia ma niezwykle barwne wnętrze. Ściany pokrywają bowiem neogotyckie freski, w których sceny z życia świętych przeplatają się z kwiatowymi ornamentami. Ogromną zaletą świątyni jest doskonała akustyka. W kościele często odbywają się więc koncerty muzyki klasycznej. Jeśli trafimy na koncert, będzie on przyjemnym akcentem na zakończenie pierwszego dnia pobytu w węgierskiej stolicy.
Kto nie gustuje w takich rozrywkach, zawsze może się przenieść nieopodal do dyskoteki w klubie A38 urządzonym na radzieckiej barce transportującej niegdyś kruszywo, która przycumowana jest po stronie Budy, nieopodal mostu .
Hop do wody
Drugi dzień pobytu w Budapeszcie można poświęcić na rozkosze ciała. Budapeszt słynie z łaźni (furdó). Są one spuścizną po 145 latach tureckiego panowania. Turcy bowiem jako pierwsi zaczęli wykorzystywać na dużą skalę bijące tutaj obficie źródła. Dziś część wód służy jedynie rekreacji, część ma udowodnione właściwości lecznicze. Niektóre z nich to ciepłe wody termalne. Wystarczy zapamiętać, że kąpieliska lecznicze nazywa się gyógyfurdó, termalne - termalfurdó, a rekreacyjne strandfurdó.
Prawda, że proste?
Najstarsze jest kąpielisko Rudas gyógyfurdó wzniesione w 1566 roku za rządów paszy Sokolego Mustafy. Niestety, jest nieczynne w weekendy.
Zawsze tłumnie jest na Wyspie Świętej Małgorzaty. Rozległy park z urządzeniami sportowymi (place do gier i bieżnie) mieści także kąpielisko - Palatinus Strandfurdó. Należące do niego baseny na świeżym powietrzu są czynne jedynie od maja do września, ale kompleks jest popularnym miejscem wypoczynkowym przez cały rok. W weekendy bywa tu tłoczno, chociaż cały obszar to 30 ha i może tu przebywać naraz dziewięć tysięcy osób.
Secesyjna kąpiel
Zdecydowanie odmiennie, bo kameralnie, jest w Rac gyógyfurdó. Trzeba tylko pamiętać, że zgodnie z dawną tradycją kąpiele lecznicze dla pań odbywają się tam w poniedziałki, środy i piątki, a dla panów w pozostałe dni tygodnia.
Do największych w Europie należą łaźnie im. Szechenyiego w Lasku Miejskim (Szechenyi gyógyfurdó). Zimową porą nad odkrytymi basenami unoszą się kłęby pary.
Kąpiel połączoną z podziwianiem budapeszteńskiej secesji można uskutecznić w termach przy hotelu Gellerta (Gellert Gyógyfurdó). Należą one do najelegantszych w mieście.
Łaźniami dysponuje też należący do najbardziej luksusowych wmieście pięciogwiazdkowy hotel Royal Corinthia (mieści się w pięknej starej kamienicy, Erzsebet kórut 43-49) po peszteńskiej stronie. Są mniejsze, ale ich architektura wzorowana j est na tych z hotelu Gellert. Wodę natomiast przepompowuje się do hotelowych basenów ze źródeł tryskających na Wyspie Świętej Małgorzaty.
Panorama zza rzeki
Na pożegnanie z Budapesztem warto się udać na wzgórze św. Gellerta (św. Gerarda). Postać, której imię nosi wzgórze, związanajest z początkami chrześcijaństwa na Węgrzech. Gellert był biskupem, który swą misyjną działalność przypłacił męczeńską śmiercią w 1046 roku - został wrzucony do Dunaju w beczce nabijanej gwoździami.
Na szczycie wzgórza wznoszą się mury austriackiej cytadeli. Na tle nieba rysuje się gigantyczna sylwetka kobiety z palmowym liściem w dłoni. Po upadku komunizmu rozgorzała dyskusja, co zrobić z tym pomnikiem wzniesionym w 1947 roku i ozdobionym czerwoną gwiazdą na cokole. Okazało się jednak, że Węgrzy przyzwyczaili się do dziewczyny z liściem i nie wyobrażają sobie bez niej stolicy. Pomnik więc pozostał na miejscu, tylko gwiazdę zdjęto.
Jeśli pogoda nie sprzyja podziwianiu widoków, warto pamiętać, że po budzińskiej stronie Dunaju znajduje się Dom Wina (Magyar Borok Haza, Szentharomsag ter 6). Zwiedzanie stylowej piwnicy, wśród półek z winami i mapami poszczególnych regionów, których jest na Węgrzech 22, połączone jest z degustacją win. Przewodnik wprowadza nas w świat panońskich win, a trunki, które najbardziej nam smakowały, można kupić na miejscu.
Rzeczpospolita
mojepodróże
28 września 2007

|
|