= Strona główna
 = Informacje praktyczne
 = Lektury
 = Relacje
 = Galerie
Relacje/Gruzja - dwa dni na przemytniczym szlaku
Dawniej nazywano go Drogą Darialską (Darialan - po persku Wrota Alanów) lub Wrotami Osetyjskimi. Jego przebudowa i przystosowanie do transportu kołowego (głównie wojskowego) nastąpiło w drugiej połowie XIX w. - roboty prowadził Polak inżynier Bolesław Statkowski. Prace zakończono w 1861 r. i odtąd szlak zaczęto nazywać Gruzińską Drogą Wojenną.

Obecnie to "oficjalny" szlak przemytniczy z północy na południe. Idą tędy transporty "lewej" ropy, broń, narkotyki. Wszyscy o tym wiedzą. Żeby nie było kłopotów, jest to najlepiej strzeżony, a więc najbezpieczniejszy szlak w Gruzji (czego nie można powiedzieć np. o drodze z Batumi do Kutaisi). W lipcu 2003 r. pokonaliśmy ją prawie całą - ok. 150 km z Tbilisi aż do Kazbegi.

***

Na Gruzińską Drogę Wojenną wyruszamy autokarem z Tbilisi o 6 rano, kierując się na północ. Mijamy przedmieścia, a potem gęsto zaludnione tereny, miejscowość za miejscowością. W jednej z nich - Nadibaaptkari - na prawym brzegu rzeki Aragwy stoi pomnik kościstego mnicha na tle ruin gruzińskiej świątyni. To Sułchan Saba Orbeliani (1656-1725), nauczyciel króla Wachtanga VI, którego ten w latach 1713-16 wysłał do Europy - z tej podróży pozostał dziennik.

Mijamy liczne wiszące mosty przerzucone przez Aragwę i zatrzymujemy się przy twierdzy w Ananuri. Warownia feudalnego rodu aragwskich erystawów (odpowiednik naszego dawnego wojewody, urząd powstał w Gruzji w drugiej połowie VI w.) stoi na lesistym skłonie góry, strzegąc przejścia. Wchodzimy główną bramą. Spod nóg, jak stado spłoszonych myszy, smyrgają jaszczurki, ale uciekają na tylnych nogach, przypominając małe dinozaury. Prostokątny plac otaczają wysokie mury obronne z basztami. Za pierwszą budowlę, jaka powstała w twierdzy, uważa się jednonawową cerkiew (XVI/XVII w.) zbudowaną jako kurhan dla rodu władającego zamkiem. W XVII w. zamek zmienił właścicieli, którzy z kamienia wyciosanego jeszcze w średniowieczu wybudowali nową, dużą świątynię (1689 r.) w jego dolnej części. Elewacje cerkwi bogato ozdobili tureccy majstrowie. Zadziwiają skomplikowane, roślinnopodobne plecionki, rzeźbione precyzyjnie pewną ręką w twardym, nieustępliwym materiale. Na fasadzie zdumienie wywołują anioły z brodami i wąsami. Jeden z nich ma buty na wysokich obcasach!

We wnętrzu resztki fresków, w tym Sąd Ostateczny, św. Jerzy na koniu i święci na filarach. Z powodu braku miejsca duża świątynia niemal przylega do starej baszty. Nad głównym wejściem do warowni mieści się inna, niewysoka baszta z mieszkalnym pomieszczeniem dla straży. Przy murze południowym powyżej bramy znajdują się pomieszczenia, do których prowadzą ceramiczne rury wodociągowe - zapewne mieściły się tu cysterny zbudowane na użytek oblężenia. Główna, prostokątna, kilkukondygnacyjna baszta zamku ze schodami grubości ścian służyła jako mieszkanie władcom zamku. Na parterze był magazyn, wejście wiodło prosto na piętro. Strona zachodnia warowni była najdogodniejsza do szturmu, dlatego też są tu najmocniejsze, blisko siebie stojące baszty. Między nimi bramka służąca prawdopodobnie do ucieczki lub "wycieczek". W części wschodniej od strony drogi jest kaplica. Na jej płaskim dachu stoi dzwonnica w formie pawilonu (prawie taki sam jak w katedrze Anczischackiej w Tbilisi). W 1739 r. władca sąsiednich ziem najechał dolinę Aragwy, zdobył twierdzę, wyciął w pień załogę i zabił miejscowego księcia i jego rodzinę.

Z murów zamku piękny widok na dolinę rzeki i zaporowe jezioro Szinwali (10 km długości), które obraca turbiny hydroelektrowni o tej samej nazwie.

Jedziemy dalej. Po drodze widać czasem obmurowane źródła ze zdjęciami ludzkich twarzy trawionymi w kamieniu - czyżby to zdjęcia topielców? Mijamy Kvemo Mleti, czyli Niżne Mleti - tu przekraczamy Aragwę.

Przy ostrym zakręcie (nie ma tu innych!) stoi kilka straganów z ręcznie robionymi czarnymi skarpetami w kolorowe wzory. Widzę też czapki chudi (rodzaj toczka ręcznie haftowanego krzyżykami w różnobarwne geometryczne wzory) oraz futrzane białe baranice, w których wygląda się jak w peruce. Można też kupić słodkie czurczcheli z orzechów nanizanych na nitkę i zanurzonych w soku z winogron zmieszanym z mąką (wyglądają jak kiełbaski). Jest piekarnia, prymitywna kuchnia (osmalony kocioł nad ogniskiem), ujęcie wody do picia i mycia oraz nierzucające się w oczy popiersie gruzińskiego poety Georgija Orbelianiego.

Następny postój robimy w miejscu, z którego widać kilka potężnych szczytów. Jeden z nich to Czerwona Góra - Bolsze Niepiskało, 3536 m - zwana też Zebrą (po gruzińsku Gudhora) z powodu pasów wiecznie zalegającego na niej śniegu oraz wulkan Sakohe (3080 m) nazywany Czarną Górą, gdyż jego andezytowo-bazaltowe zbocza mają ciemną barwę. W dole lśni srebrną stróżką Aragwa, a nad nią, na wysokim tarasie przysiadła wieś Górne Mleti (1640 m n.p.m.), z poletkami, dróżkami i stadami. Z tej odległości wygląda mikroskopijnie, zalana przejrzystym powietrzem.

Po drugiej stronie drogi na łagodnym zboczu widzę z dala cmentarzyk. Kilka kamiennych grobów, jeden żelazny krzyż. Płaskorzeźba na postumencie z obtrąconym krzyżem przedstawia górala w stroju wojennym, z krótką bronią w rękach. Dwa inne groby rdzawe od porostów. Ich postumenty także zdobią płaskorzeźby, ale mężczyzna w stroju regionalnym i w czapce chudi nie ma broni palnej, tylko kindżał (gruz. chandżali), dłoń trzyma na zastawionym do uczty stole. Są też nagrobki w formie sarkofagów wycięte w litej skale - na długich bokach, prócz napisu gruzińskiego i dat (1926, 1930) są podobizny górali w długich płaszczach z karabinami w rękach; krótkie boki mają uchwyty w kształcie rozetki - starogruzińskiego symbolu słońca (purdżhali). Wkrótce pokonujemy wysokość 2000 m n.p.m. Droga, jak dotąd lepsza, niż nas straszono, a jednak pełna dziur. Dojeżdżamy do miejsca, gdzie widać resztki infrastruktury turystyczno-sportowej. To Guduari w opłakanym stanie. W pobliżu Qumlisciche, czyli twierdza Kumlis. W chwilę potem z tarasu widokowego nieopodal opuszczonego schroniska imponujący widok na Czarcią Dolinę. Dołem płynie Biała Aragwa. Najbliższa grupa szczytów to Siedmiu Braci, na prawo od nich Małe Niepiskało, potem bardzo charakterystyczne, czerwone i pasiaste białymi śniegami Bolsze Niepiskało. Po drugiej stronie wąwozu wznosi się Czarna Góra, czyli wygasły wulkan Sakohe.

***

Droga wciąż się wspina, czasem mijają nas wielkie tiry. Wreszcie Przełęcz Krestowa (2375 m n.p.m.). Trochę poniżej na łące potężna łata śniegu. Po przeciwnej stronie drogi niewielki cmentarz. Betonowe, niskie krzyże bez nazwisk. Spoczywają tu niemieccy jeńcy wojenni, którzy naprawiali drogę (Gruzini po kryjomu ich dożywiali). Na łące storczyki, wilczomlecze, przetaczniki, pełno bujnej, kwitnącej roślinności. Tylko ciemiężyce bez kwiatostanów, widać dla nich jest jeszcze za wcześnie. Wiatr przegania chmury między szczytami. Ich cienie wędrują po zboczach, chowają się w kotlinach i za cielska gór. I nagle słońce strumieniami leje się przez dziury w niebie. Spektakl! Niebotyczne szczyty, chmury, słońce, zieleń zboczy, strumienie i ich głosy, wszystko oszałamiająco piękne, nie do opisania. "Widzę" czyste powietrze, przejrzyste jak woda, wyostrzające obrazy. Wzruszenie tamuje oddech.

Koniec postoju. Ruszamy dalej. Zatrzymujemy się dopiero przy wielkim wywierzysku wód wapienno-żelazistych, które rudym jęzorem schodzi ze zbocza. Obok siedzi Gruzinka w ciemnym stroju i robi na drutach skarpetę - na czarnym tle czerwono-zielony geometryczny wzór. Mówi, że wzięła go z kilimu tkanego przez babkę, który wisi u niej w domu. Na kamieniu leżą gotowe skarpety, rulony suszonej śliwkowej papki i ok. 30-centymetrowe czurczchele (rulony i czurczchele kupuję po 1 larze za sztukę).

Przed nami tunel jak pergola, równolegle jednak biegnie szosa. Jest tu bardzo wąsko. Tunel służy jedynie zimą, gdy drogę zasypie śnieg, lawina lub kamienie.

Po chwili zza wąskiego przesmyku nagle wynurza się szeroka przestrzeń - tu łączą się dwie przełęcze. Wjeżdżamy w szeroką dolinę Tereku, jednej z najkapryśniejszych rzek Gruzji, tej samej, która przepływa potem przez Czeczenię. Na dnie doliny parę domów - to Almasjani. Widać kamienną cerkiew i duży, lecz opuszczony budynek schroniska. Pusto. Przejeżdżamy przez most. Za rzeką, pod stromym urwiskiem wieś Kobi. Jest około 16. Rozbijamy namioty trochę powyżej koryta Tereku, teraz w dużej mierze suchego, na jego prawym brzegu. Za plecami mamy niewielką górkę z bielejącą cerkwią. U jej stóp stoi kamienna, pobielona kapliczka. Wnętrze okopcone, kilka niedopalonych wotywnych świeczek, lampka oliwna z wyszczerbionej szklanki (oliwa w butelce po gruzińskim koniaku). W metalowej szufladce wytłoczony w złotym celuloidzie św. Jerzy na koniu i ze smokiem, nie szkodzi, że trochę nadpalony. W pobliżu parę ławek, stół, czyli spotykają się tu ludzie.

Pokonując chaszcze i stromizny, wdrapuję się do prymitywnie skleconej z kamieni białej cerkiewki, której patronem jest św. Georg (Jerzy). Wewnątrz zdjęcia cerkwi, która stała tu poprzednio. Zostały z niej ruiny i również zrujnowana dzwonnica, na której jednak wisi dzwon. Słońce już nisko, zmienia i nasyca kolory, wydłuża karykaturalnie cienie. Scenerii takiej jak ta nie sposób sobie wyobrazić nawet w marzeniach...

Na dole pod urwistą skałą wioska "krasnoludków" - to Kobi oglądane z wysoka. W czasach radzieckich słynęło z doskonałych serów i wód mineralnych.

Zmrok zapada szybko. Wracam do obozu przez łąkę, na której kwitną wyniosłe żółte lilie - tutejszy endemit. Spotkany Osetyniec ma domek w Kobi (mieszka we Władykawkazie), mówi, że choć przyjeżdża tu co tydzień, za każdym razem musi starać się o wizę. Opowiada, że w okolicy są niedźwiedzie, rysie i wilki. Ostatnio ryś porwał owcę. Sama widziałam parę orłów i kruki.

***

Rano powitały mnie tutejsze blade maki. W maleńkim, intensywnie turkusowym jeziorku o białym od węglanu wapnia dnie odbijały się ogromne góry w zieleni i niebo w błękitach. Perspektywę zamykała wielka góra obwiedziona białym rąbkiem śniegów.

Spotykam mieszkańców Almasjani. Mają cerkiew pod wezwaniem św. Atengena (Antoniego), ale brak im ikony tego świętego. Fotografuję ruinę domu. Cała wioska umiera jak ten dom - jedni spoczęli już na cmentarzu, inni odeszli, bo ciężko tu żyć. Zostało sześć rodzin. Na skraju wsi lokal jak saloon z westernów, chwilowo nieczynny. Schronisko, choć jeszcze w dobrym stanie, opuszczone, z powybijanymi szybami.

Ruszamy w stronę Kazbegi. Mijamy wieś Hanobi, otoczoną wysokimi górami, cudownie usadowioną w łagodnym krajobrazie nasyconym zielenią. Domki zbite w gromadkę stoją na skraju tarasu-stołu przykrytego zieloną, aksamitną serwetą.

Dalej, po prawej stronie góra Kabardzin (3141 m). U jej stóp widać dziwaczne skałki (jedna w sowizdrzalskim kapeluszu). Jesteśmy na przełęczy.

Na skraju cypelka czteropiętrowa średniowieczna wieża sygnalizacyjna, część całego systemu sygnalizacyjnego (porozumiewano się za pomocą ognia). W głębi niewielka, ale bardzo stara bazylika Sioni, czyli świątynia Zaśnięcia Matki Boskiej. Od niej wzięła nazwę wieś, która rozłożyła się poniżej. Bazylika ma trzy nawy, środkowa jest znacznie wyższa niż boczne - typowy przykład gruzińskiego budownictwa sakralnego z IX w.

Mijamy duże osiedle Arsza, stąd niedaleko już do naszego dzisiejszego celu - miasteczka Kazbegi. Urodził się tu, mieszkał i tworzył pisarz Aleksander Kazbegi (1848-93), tu też jest pochowany.

Mamy szczęście. Kazbek (5047 m), który króluje nad okolicą, choćby z racji białej czapy Lodowca Dewdorakskiego, właśnie odsłonił twarz. Ten wygasły wulkan często spowijają chmury i mgły.

Kazbegi jest doskonałym punktem wypadowym ku pobliskim szczytom, w tym także na Kazbek. Na najbliższym szczycie (ok. 2200 m) na tle znacznie wyższych gór rysuje się sylwetka maleńkiej XIV-wiecznej cerkiewki Świętej Trójcy (Cminda Sameba) opisanej przez Puszkina w wierszu "Monastyr na Kazbeku". Wejście tam i z powrotem trwa 3 godz., więc to dziś nie dla nas.

Przebiegam miasteczko. Na głównym placyku pomnik z podobizną Szoty Rustawelego. A może to tylko fontanna, bo z paszczy lwa powinna tryskać woda? Domy kamienne lub drewniane z galeryjkami. W bocznej uliczce baraszkują łaciate prosiaki. Ludzie stoją na przystanku ozdobionym mozaiką. Na fasadzie cerkwi znów dwa śmieszne lwy w łańcuchach na szyjach. Cerkiew w remoncie, w środku ciemno. Podchodzi do mnie brodaty, młody człowiek (pop?). Chwilę rozmawiamy. Mówi, że był w Warszawie. Dowiaduję się, że jest to cerkiew z 1812 r. pod wezwaniem Archanioła Michała. Gruzin daje mi trzy wotywne świeczki, jedną zapalam w jego intencji.

Wracamy do Tbilisi tą samą drogą - innej nie ma. Nie przypuszczaliśmy jednak, że zjazd (trwał 4-5 godzin) będzie technicznie trudniejszy od wjazdu. Nasz wytrzymały 40-osobowy Mercedes Benz chwilami szoruje przodem o resztki asfaltu. Trzeba wysiadać i podkładać płaskie kamienie pod przednie koła. Mimo to z żalem żegnamy Wojenną Drogę. Postanowiłam, że jeszcze tu wrócę - może uda się zrobić parę wypadów w góry?

***

Trzy lata później znów podążałam tą samą drogą. Zobaczyłam ogromne zmiany. Pod Passanuri, gdzie Aragwy Biała i Czarna łączą się ze sobą, budowano drogę. W Guduari, słynnym w czasach radzieckich ośrodku sportów zimowych, powstają nowe imponujące hotele (dwa już działają). Prawdziwą niespodzianką był jednak wjazd gazikiem z Kazbegi na szczyt z cerkiewką Cminda Sameba. Kosztowało to 10 larów w obie strony, ale warto było, zwłaszcza, że czas znów nas poganiał. Chcę tam wrócić jeszcze raz...

Warto wiedzieć

Trochę cen

1 dol. = ok. 1,76 lara, ser podpuszczkowy, słonawy - 6 larów za krążek (na bazarze w Borżomi); woda mineralna (np. Borżomi) - 1,4 za 1,5 l; wino czerwone stołowe, naprawdę dobre, należy próbować (można dostać w każdym nieomal gospodarstwie na wsi, w każdej knajpce, ale lepiej nie kupować na bazarze, bo mieszają z wodą) - 5 larów za litr, wino kwalifikowane, bardzo dobre w butelkach, kupowane w sklepach lub hotelowych barach - 10-25 larów; benzyna - ok. 1 dol.

Sprawdzone

Doskonała, rosyjsko- i angielskojęzyczna przewodniczka: m.nij@rambler.ru, gruzińskie biuro podróży: exotour@gol.ge

Gazeta wyborcza TURYSTYKA
16-17 grudnia 2006
Nr 49 (159)