= Strona główna
 = Informacje praktyczne
 = Lektury
 = Relacje
 = Galerie
Relacje/Nad Cisą i Czeremoszem
Ocieraliśmy się o granicę słowacką, węgierską i rumuńską - co było widać w architekturze i zdobieniu wiejskich domów

Już początek podróży do Czarnohory (Zakarpacka Ukraina) zapowiadał się ciekawie. Po minięciu Ustrzyk Dolnych, gdzie przebiega granica z Polską, po paru kilometrach przejechaliśmy obok małej drewnianej cerkiewki, leżącej samotnie poza domostwami na dosyć wysokim wzgórku. Otoczona była grobami wspinającymi się ku jej obłożonym gontem kopułkom. Niemal wszystkie wieńczyły prawosławne krzyże, na ich ramionach wisiały białe, haftowane czerwoną i czarną nicią zapaski pogrzebowe. W porannym słońcu cmentarz mienił się jaskrawymi kolorami wieńców, pęków i wiązanek sztucznych kwiatów. Cały ten pstrokaty dewocyjno-religijny świat mignął szybko przed naszymi oczami w świeżym, przejrzyście kryształowym powietrzu ukraińskich Bieszczad na tle łagodnych zalesionych stoków. Rozległe, majestatyczne wzniesienia wyglądały jak obsiane soczystą rzeżuchą, gdzieniegdzie po wierzchu maźnięte bladofioletową, wrzosową farbą.

Za rogatkami przygranicznego miasta Chyrów we wsi Bąkowice minęliśmy murowany trzypiętrowy dawny Zakład Wychowawczy oo. Jezuitów. Do II wojny światowej mieścił kościół, gimnazjum, klasztor i seminarium. Obecnie zamknięty dla zwiedzających - rezyduje w nim od lat Armia Ukraińska. Jak informuje przewodnik "Ukraina Zachodnia - Regiony", w miejsce kościelnego ołtarza (po 1939 r. władzę na tych terenach przejął Związek Radziecki) wstawiono popiersie marszałka Woroszyłowa, w bocznych nawach umieszczono postaci Lenina i Stalina, zamieniając kościół w salę zebraniowo-widowiskową.

Parę kilometrów dalej (nie dojeżdżając do Starego Sambora) w małej wsi Stara Sól zwiedziliśmy ruiny kościoła katolickiego. Obszerny, bez dachu nad główną nawą, ceglany fronton z pozostałościami barokowych tynków wieńczył delikatny metalowy krzyż i opuszczone gniazdo bocianie. Białokremowe płaskorzeźby na frontonie odcinały się kontrastowo od ceglanych murów. Na wysokich wspornikach podpierających boczne nawy umieszczono naturalnej wielkości kamienne figury ewangelistów z księgami w rękach. Powojenne losy kościoła są typowe dla tych terenów. Do 1963 r. był w nim magazyn, a dzieła zniszczenia dokonał pożar, który zgaszono z powodzeniem, ale, niestety, z fatalnym skutkiem dla ceglanych murów, bo... solanką.

***

Dalsza droga w stronę Użhorodu prowadziła między górskim zboczami a wartkimi strumieniami i potokami w głębokich jarach. Za Przełęczą Użhorodzką, przez którą przebijają się także tory kolejowe (miejscami ostro pod górę), łączące kiedyś węgierskie i rumuńskie miasta z Przemyślem, wjechaliśmy na tereny rozległych dolin i łagodnych zboczy górskich. Wiejskie domy malowane w bladoniebieskie lub ciemnoszare proste geometryczne wzory okazały się typowe dla wsi węgierskich. Przez pierwsze trzy dni podróży ocieraliśmy się o granicę słowacką, węgierską i rumuńską - co było widać w architekturze i zdobieniu domów. Zakarpacie to konglomerat wielu przenikających się kultur. Wsie i miasta przez wieki zmieniały przynależność państwową. Kiedyś były węgierskie, potem należały do monarchii austro-węgierskiej, po wojnie weszły w skład ZSRR, aby wreszcie znaleźć się w niepodległej Ukrainie.

Podobna była historia Użhorodu, miasta w dolinie nad rzeką Uż. Najpierw węgierskie, potem austro-węgierskie, po 1919 r. włączone w skład Czechosłowacji, zostało stolicą Rusi Zakarpackiej. W latach 1938-44 wróciło do Węgier, po wojnie znalazło się w ZSRR, a dziś jest głównym miastem tego obwodu Ukrainy. Króluje nad nim Zamek Komitacki, wybudowany na IX-wiecznych fundamentach w XIII w. Palony, dewastowany, przerabiany przetrwał do dziś w niezłym stanie.

Na obrzeżach miasta w dzielnicy Horiany znajduje się jeden z najciekawszych zbytków Zakarpacia - Rotunda Horiańska św. Anny (zabytek klasy 0). Dojechaliśmy tam nie bez trudu, klucząc po wąskich uliczkach, mijając wielkie wysypiska śmieci, zdewastowane resztki fabrycznych hal, ramp kolejowych i magazynów. Pierwszy widok na horiańską rotundę nie był zachęcający i nie rokował silnych przeżyć estetycznych: była starannie otynkowana "barankiem", przez gotyckie okienka wchodziły do wnętrza metalowe rury wentylacyjne, a cały kościółek otaczała na wysokości człowieka żółta gazowa rura. Na szczęście kopuły i dach pokryte były wedle zasad sztuki drewnianym wiórem. Po chwili oczekiwania na kościelnego z kluczem weszliśmy do mrocznego, przesiąkniętego zapachem kadzideł i dymu, starannie utrzymanego wnętrza. Kościółek (teraz cerkiew) wybudowano w XII w. na sześciokątnym planie romańskim. Nawy boczne dobudowano na przełomie XIV i XV w. w stylu gotyckim. Rotunda o ścianach dwumetrowej grubości jest stosunkowo mała, światło wpada przez maleńkie okienka. Niebywale piękne, zjawiskowe freski z lat 1360-70 to dzieło artystów włoskich. Przedstawiają głównie sceny z życia Chrystusa: Zwiastowanie, Pokłon Trzech Króli, Ostatnią Wieczerzę, Ukrzyżowanie, Zmartwychwstanie. Rysunek postaci prowadzony czarną lub ciemnobrązową cieniutką linią jest delikatny i dyskretny. W kolorystyce przeważają stonowane i pastelowe odcienie błękitów, kobaltów, dyskretne fiolety i karminowe czerwienie, ciepłe ugry. Ale na tym nie koniec. Na przylegających do romańskiej rotundy północnych i południowych ścianach są kolejne, o wiele większe i lepiej zachowane freski. To dzieło malarzy czeskich - na pierwszy rzut oka widać, że byli to wybitni mistrzowie. Mimo że powstały dwa wieki później, dorównują maestrią freskom włoskim. Widać na nich Zwiastowanie z dominującą, strzelistą postacią Matki Boskiej i dwoma czuwającymi nad nią aniołami, sceny Ukrzyżowania oraz Niepokalane Poczęcie. Rotunda Horiańska była restaurowana w latach 60. oraz w 1990 r.

***

Od miasta Chust jedziemy doliną Cisy. Jej brzegi w wielu miejscach łączą efektowne wiszące mosty. Droga biegnie tuż przy rzece, a po drugiej stronie przez parę kilometrów towarzyszą nam tory kolei rumuńskiej. Niestety, do krzaków porastających brzegi Cisy przyczepiły się niebywałe ilości plastikowych torebek i śmieci (na terenie dziewiczej i niezwykle pięknej Czarnohory bystrą rzeką płynęła lodówka - mam świadków).

Wszystkie cerkwie, które mijaliśmy, miały kopułki ze srebrzystej blachy, skrzącej się niemiłosiernie w mocnym górskim słońcu. Potem okazało się, że i murowane domy, i wiejskie chałupy, i wielkie rezydencje pokrywa taka sama blacha. Różni się jedynie ozdobami, z przeważającym wizerunkiem kiści winogronowych (kiedyś zapewne robionych ręcznie, dziś prawdopodobnie maszynowo). Charakterystyczne dla tych terenów są jaskrawo malowane domy - w jednej z miejscowości widziałem całą kolonię w kolorze fioletowym.

Po wjechaniu do Czarnohory spotykamy coraz więcej drewnianych domów z dachami precyzyjnie pokrytymi drewnianym gontem w kształcie rybiej łuski. Przepięknie wyglądają takie chałupy - ich ściany są srebrzysto-brązowe lub ciemnotabaczkowe, z kolorową stolarką okienną, np. pomarańczową. Jest ich bardzo dużo np. w Jasinie, dużej wsi między Rachowem a Jaremczą niedaleko Worochty.

***

Do Worochty (w dwudziestoleciu międzywojennym znane uzdrowisko) dojeżdża się przez Przełęcz Jabłonicką, gdzie koniecznie trzeba się zatrzymać nie tylko z powodu wspaniałych widoków, ale i ustawionych rzędem straganów. Poza typowymi pamiątkami można kupić autentyczne kufajki huculskie i rubaszki z grubego płótna (niemal takie same wiszą w muzeach etnograficznych), wyprawioną skórę rysia wraz z głową i poroża jeleni.

Worochta szczyci się kilkoma nieźle zachowanymi willami w stylu "szwajcarskim", wyciągami krzesełkowymi na okoliczne szczyty, kamiennymi wiaduktami kolejowymi i igelitową skocznią narciarską.

Do Kosowa, też dawnego uzdrowiska, najlepiej pojechać z Kut położonych nad malowniczym wartkim Czeremoszem w ukraińskiej części Bukowiny. Przez to miasteczko-kurort, które zachowało galicyjski wdzięk, przed 1939 r. przebiegała granica Rzeczypospolitej z Rumunią. To stąd, a nie z Zaleszczyków na początku II wojny światowej rząd Polski udał się na emigrację, przejeżdżając przez metalowy graniczny most.

W Kosowie najbardziej zainteresowały nas przedwojenne budynki sanatorium założonego przez dr. Apolinarego Tarnowskiego. Bogate mieszczaństwo leczyło tu przede wszystkim skołatane nerwy: ciszą, zakazem rozmów, namiastką jogi, kontemplacją. Kompleks sanatoryjny, złożony z kilku budynków w różnym stylu, stoi na obrzeżach miasteczka. Opiera się z jednej strony na starannie utrzymanych sadach owocowych (morele), z drugiej graniczy z kilkoma wiejskimi domami. Dawne sanatorium opuszczone i zdewastowane upływem czasu i niewłaściwym użytkowaniem go przez powojenną administrację popadło w ruinę. Park, w którym stoją murowane i drewniane budynki, też jest zaniedbany. Drzewa, kiedyś posadzone według planu, teraz powycinane niechlujnie i przypadkowo tworzą chaos przestrzenny, którego nie łagodzi geometryczny zarys żwirowych alejek (projekt przedwojenny). W środku parku stoi budynek z prostokątnymi, półkoliście wykończonymi oknami - wygląda jakby był przeznaczony na salę balową lub jadalnię. Inne budynki, kryte blachą lub czerwoną dachówką, mają spiczaste wieżyczki, małe okienka w mansardach, ażurowe drewniane balkoniki, otaczają je zardzewiałe ogrodzenia. Unosi się nad nimi sanatoryjny spokój.

Jak się okazało, pamięć o doktorze Tarnowskim nie przeminęła. Wzruszona spotkaniem z nami mieszkanka pobliskiego skromnego domku wspominała (nienaganną, bogatą polszczyzną), jak świetnie prosperowało przed wojną sanatorium dr Apolinarego.

Na obrzeżach Kosowa leży bardzo piękny, choć od dziesiątków lat pozostawiony sam sobie cmentarz żydowski. Takie jak ta nekropolie rozsiane na bezkresnych terenach Ukrainy są jedynym śladem po dawnych mieszkańcach tych ziem - deportowanych lub wymordowanych w czasie drugiej wojny światowej. Kosowska nekropolia, obszerna, zarośnięta drzewami, wysoką trawą i krzewami, z wydeptanymi ścieżkami i śladami "pikników", robi przygnębiające wrażenie. Setki omszałych macew - stoją wkopane w ziemię, pochylone lub przewrócone, zniszczone przez czas bądź zbezczeszczone przez ludzi.

Kosowo przed wojną było przede wszystkim miasteczkiem żydowskim, na wskroś handlowym (sąsiednie Kuty opanowali kupcy ormiańscy konkurujący z Żydami). Było też (i jest do dziś) centrum handlu rękodziełem huculskim. Co tydzień odbywają się tu wielkie targi, na których można zobaczyć autentyczną sztukę ludową.

Gazeta Wyborcza - Turystyka
6-7 stycznia 2007r.