Decyzja o podróży na Krym zapadła niespodziewanie. Przygotowania zabrały parę godzin, czyli tyle, ile trwało spakowanie plecaków, kupienie biletów na autobus do Lwowa i zrobienie kanapek.
Dzień przed wyjazdem usłyszałam od znajomego, który był rok wcześniej na Krymie, o uroczej miejscowości nad Morzem Azowskim. Nie zapamiętałam dokładnie jej nazwy, ale dotarcie tam stało się naszym celem.
Gierbatka u pani Dany
Do Lwowa docieramy w piękny słoneczny poranek. Ratusz i kamieniczki na rynku oświetlone wschodzącym słońcem wyglądają przepięknie. Renesansowe, barokowe, manierystyczne, w stylu rokoko, klasycystyczne. Jedne w liszajach odpadającego tynku, inne świeżo odnowione. Całe stare miasto jest rozkopane, w rusztowaniach. Tu malują ratusz, tam kładą nowe chodniki. Niestety, kilka kroków od ścisłego centrum odrapane elewacje, dziurawe jezdnie i brud.
W bramie jednej z kamienic starszy pan, słysząc rozmowę po polsku, odzywa się do nas piękną polszczyzną, zaciągając. Proponuje pomoc w znalezieniu noclegu, dzięki temu dostajemy pokój w mieszkaniu pani Danuty przy samym rynku. Pani Dana, też Polka, częstuje nas "gierbatką". I zachęca do wzięcia prysznica. Póki jest woda. Bo we Lwowie z wodą jest problem. Pojawia się w kranach o szóstej rano i płynie do dziewiątej. Wieczorem jest też tylko trzy godziny.
Lwowskie kamienice, kościoły, cerkwie, brukowane uliczki, mimo że zaniedbane, są niezwykłe. W najlepszym stanie są kościoły. Potężny barokowy kościół dominikanów, zachwycająca kolorowymi mozaikami katedra ormiańska z XIV wieku, przepiękna manierystyczna kaplica Boimów. Jest ich tak wiele, że po jednym spacerze trudno wszystkie zapamiętać.

Tramwajem na wodę sodową
Wsiadamy do tramwaju. Jest stareńki, powyginany, pani motornicza oddzielona od pasażerów firaneczką. Bilety sprzedaje konduktorka, która przemierza wagon w tę i z powrotem. Tramwaj porusza się niewiele szybciej niż idący szybkim krokiem człowiek. Zakręty pokonuje ostrożnie. To z powodu starych, koślawych szyn.
Na przystanku motornicza wysiada i idzie do stalowej budki. Wrzuca monetę, podstawia przymocowaną łańcuszkiem szklankę i naciska przycisk. To automat z wodą sodową! Z sokiem lub czystą.
Lwów z okien tramwaju chwilami przypomina Kraków, kiedy indziej Paryż, a zaraz potem Lublin i Suwałki.
Wychodzimy na prospekt Swobody. Reprezentacyjny bulwar miasta oplatający długi owalny plac z pomnikiem Mickiewicza na jednym końcu i operą na drugim. Środek placu zajmuje park z wielkimi kasztanowcami i kolorowymi klombami. W parku stoją w grupkach starsi panowie i żywo o czymś dyskutują. Wokół ławeczek gromadzą się amatorzy szachów. Pojedynki rozgrywają kierowcy taksówek i studenci, nastolatki i siwobrodzi staruszkowie. Wszyscy w ciemnych spodniach i białych koszulach. W kawiarenkach na prospekcie siedzą całe rodziny. Jedzą lody, ciastka, popijają kawę i herbatę. Lwowskie niedzielne popołudnie.

Kolorowa twarz Odessy
Opuszczamy Lwów i ruszamy na południowy wschód pociągiem. W płackartnym (otwarty wagon z tanimi miejscami do spania) do Odessy mężczyźni wcinają bułki, jajka na twardo, kiełbasę, świeżą paprykę. Popijają piwem. Jeden z naszych sąsiadów, w samych slipach, z ogromnym tatuażem na ramieniu, gra w karty z przystojną blondynką.
Za oknem monotonne krajobrazy nizinnej Ukrainy. Kilometrami widać tylko leżące odłogiem pola.
Po trzynastu godzinach podróży Odessa wita nas deszczem. Mokre ulice odbijają światła budzącego się powoli miasta. Kupujemy bilety na wieczór do Symferopola i ruszamy do centrum. Ulice ułożone w szachownicę wysadzane są platanami. Wzdłuż Puszkinskiej stoją niskie klasycystyczne i secesyjne kamienice w nieco jarmarcznych kolorach. Niebieski, żółty i seledynowy tynk miejscami odpada. Ale jest tu jakaś magiczna atmosfera. Im bliżej morza, tym domy okazalsze, przypominają pałace.
Jest i wytworna opera z lat 80. XIX wieku z salą na ponad 1500 widzów. - Najkraszcza w switi, najpiękniejsza na świecie - mówią o niej miejscowi. Nieopodal stoi równie imponujący budynek dawnej giełdy (dzisiaj filharmonii) zaprojektowany w stylu florentyńskiego odrodzenia.
Śmierdzące podwórka
Z wysokiego brzegu widać port. Las dźwigów i rzędy cumujących statków handlowych. Do przystani pasażerskiej prowadzą słynne schody, na których kręcone były sceny filmu "Pancernik "Potiomkin"" (w 1925 roku). Tak dramatycznie przedstawione w filmie, w rzeczywistości rozczarowują. To po prostu długie, kamienne, miejscami wyszczerbione stopnie.
Nie zachwyca nas także polecana przez przewodnik jako jedna z piękniejszych ulica Deribasiwśka. Domy przy niej są świeżo odnowione, ale środkiem deptaka przelewają się tłumy turystów, a partery budynków zajmują sklepy luksusowych zachodnich marek. Gwar, hałas, jarmarczne popisy treserów małp. Kiedy jednak zajrzeć na tyły kolorowych kamienic, znajdziemy tam swojski śmietnik: zdewastowane klatki schodowe, rdzewiejące auta, pranie na sznurkach, smród uryny.
Dużo przyjemniej jest w bocznych uliczkach. Przechodzimy jeszcze raz Puszkianską, która najbardziej nam się podobała. Ale nie ma tu żadnej restauracji ani baru. Na obiad wracamy więc do turystycznego centrum. Nasze portfele czują to wyraźnie. W pizzerii wydajemy ponad 80 hrywien, więcej niż kosztowały dwie kuszetki do Symferopola. Nic dziwnego, Odessa to kurort popularny wśród rosyjskich nuworyszów. Mimo to Odessa pozostaje w naszej pamięci jako jedno z piękniejszych miast widzianych podczas tej wyprawy.
Marynarskie mundury i gołe pępki
Kolejną noc spędzamy w płackartnym. Pierwszym przystankiem na Krymie jest portowy Sewastopol położony na wysokim, klifowym brzegu. Przy nadmorskim bulwarze cumują okręty podwodne i jednostki marynarki wojennej. Sewastopol to siedziba ukraińskiej i rosyjskiej Floty Czarnomorskiej. Senny zazwyczaj port jest dzisiaj bardzo ożywiony. Ukraina świętuje 15-lecie niepodległości.
Na ulicach tłumy, ale najbardziej w oczy rzucają się ubrani w galowe mundury marynarze. Spacerują z dziewczynami wystrojonymi w króciutkie spódniczki, sznurowane do kolan buty na wysokich obcasach i odkrywające pępki bluzeczki. Na głowach tleniony blond, na ustach wyzywająca czerwień. Towarzystwo przechadza się po nabrzeżu, popija piwo i kwas chlebowy z beczkowozów.
Chodzimy ulicami rozbawionego Sewastopola, przyglądając się kamienicom obrośniętym dzikim winem. Wędrujemy przez parki, skwery i bulwary, które schodzą do samej wody. Przysiadamy na ławeczkach, jedząc sprzedawane na ulicy orzeszki ziemne, próbujemy warieników z truskawkami w pierogarni Pobieda wypełnionej plakatami, orderami, odezwami z czasów ZSRR. Koncerty, popisy tancerzy breakdance, pokazy sztucznych ogni trwają do później nocy.
Twierdza Mickiewicza
Do położonej dziesięć kilometrów na południe od Sewastopola Bałakławy docieramy miejską komunikacją. Najpierw trolejbusem, a potem autobusem. Już sama nazwa nadmorskiego miasteczka brzmi romantycznie. Leży ono malowniczo nad wciśniętą między skały zatoką. Rzesze plażowiczów. Wprawdzie w porcie nabrzeża są betonowe, ale za kilka hrywien można popłynąć na Bliskij Plaż z czystym piaskiem i szmaragdową wodą.
Zanim odpłynie nasz stateczek, wdrapujemy się na wzgórze, na którym wznoszą się ruiny średniowiecznej genueńskiej twierdzy Czembalo, która stała się inspiracją dla Mickiewicza do napisania XVI Sonetu Krymskiego - "Ruiny zamku w Bałakławie". Z góry widać wybrzeże z wejściem do podziemnego miasta. Bałakławska zatoka jest tak głęboka, że w skałach wydrążono ukryty podziemny port z dokami remontowymi, do którego wpływały kiedyś radzieckie okręty podwodne.
W kamiennym mieście
Kolejny dzień spędzamy w górach. W ciągu godziny docieramy rejsowym autobusem do położonego na północny wschód od Sewastopola Bachczysaraju. Wdrapujemy się kilkadziesiąt minut do położonego na wzgórzu Czufut Kale - skalnego miasta. Po drodze mijamy Monastyr Uspieński - ważne centrum pielgrzymkowe z wydrążoną w skale cerkwią i celami mnichów.
W pieczarach Czufut Kale ludzie żyli od VI do XIX wieku. Ostatnimi mieszkańcami miasteczka wysiedlonymi przez Rosjan w XIX wieku byli Karaimi, jeden z narodów Półwyspu Krymskiego wywodzący się od Żydów.
Dziś wyżłobionymi przez setki lat koleinami w skalnej drodze spacerują tylko turyści. Zwiedzają mieszkalne pieczary, ruiny kilku budowli i otaczające miasto mury. Na szczycie, w jednym z kamiennych domów, mieści się maleńka restauracja. Na dywanach i poduszkach ułożonych na drewnianych podestach goście jedzą grillowane mięso, bakłażany, świeże pomidory, popijają herbatę. A potem wylegują się pod baldachimami chroniącymi przed wiatrem i słońcem, patrząc na głębokie wąwozy i błyszczącą w oddali taflę Morza Czarnego.
Wracamy do Bachczysaraju, dawnej stolicy Chanatu Krymskiego, zamieszkanego do dzisiaj w większości przez Tatarów. Przez cały dzień przez Pałac Chanów, siedzibę krymskiej dynastii Girejów, płynie rzeka turystów. Zwiedzający robią sobie zdjęcia przy każdym pomniku, drzewku, filarze, fontannie. Po południu jest nieco spokojniej. Można podejść do najsłynniejszego zabytku pałacu - Fontanny Łez, budowanej z kamienia przez trzydzieści lat XVIII wieku. Woda spływa z kolejnych stopni pojedynczymi kropelkami, sprawiając wrażenie, że budowla płacze.
Z Leninem lub krokodylem
Kiedy marszrutka do Jałty wyjeżdża na wijącą się serpentynami drogę wzdłuż wybrzeża, widoki zapierają dech. Z jednej strony potężne nagie skały zanurzają się w morzu, z drugiej strome, porośnięte lasem góry giną w gęstej mgle. Busik wypełniony szczelnie zbieranymi po drodze pasażerami zjeżdża z gór do centrum Jałty.
W centralnym punkcie nadmorskiego deptaka stoi ogromny pomnik Lenina. Przed nim palmy, za nim strome szczyty Gór Krymskich. Położona amfiteatralnie Jałta zabudowana jest wprawdzie w dużej części paskudnymi blokowiskami, ale na nadmorskich ulicach stoją piękne białe wille. Pod Leninem przygrywa orkiestra, pary tańczą walca. Można zrobić sobie zdjęcie z małpką lub żywym krokodylem na smyczy.
Straganiarki sprzedają kiszone ogórki, pestki słonecznika, orzeszki, suszone ryby, owoce, pieczoną kukurydzę. Mijamy te przysmaki obojętnie, bo zjedliśmy już obiad w barze mlecznym Stołowaja Krym. Morskaja kapusta (wodorosty podawane w formie sałatki) i barszcz ukraiński (wcale nie z buraków, lecz z pomidorów) były naprawdę smaczne.
W Jałcie noclegi drogie. Na dworcu starsza kobieta pyta: - Wam kwartiru nie nada? - Nada, nada - odpowiadamy z nadzieją. - Sto piatdziesjat dolarow - mówi babuszka. Ale słysząc nasz śmiech, opuszcza cenę do 150 hrywien. To i tak za drogo. Jedziemy ostatnim trolejbusem do Ałuszty. To chyba najdłuższa linia trolejbusowa na świecie. Ciągnie się z Jałty do Symferopola -78 km serpentynami.
W Ałuszcie znajdujemy nocleg w prywatnym mieszkaniu. Za ścianą pokoiku, który odstąpiła nam gospodyni, mąż się goli, podśpiewując, córki chichoczą, ryczy telewizor.
Na betonowej plaży
Przewodnik Pascala wskazuje miejscowość Sudak jako jedno z najpiękniejszych miejsc na Krymie. Zachwycić nas mają piaszczyste plaże i imponująca twierdza. Miasteczko jest rzeczywiście przyjemne, pełne parterowych domków z ogródkami. W samym centrum stoją wprawdzie bloki, ale nawet tak nie rażą. Jednak plaża usłana jest śmieciami, z wody wystają żelazne pręty i szyny. Woda brudnoszara, zimna.
Na plaży sprzedawcy wędzonych i suszonych ryb, kalmarów, domasznej pizzy, pierożków z mięsem, serem lub kartoflami. Mają też truboczki - waflowe rożki wypełnione kajmakiem i posypane orzechami, migdałami imakiem.
Wzdłuż sudockiej plaży biegnie betonowy deptak. Na nim stoiska z napojami, jedzeniem, automatami do gry, tancbudami. Wieczorem deptak zapełnia się tłumem spacerowiczów. Jedni strzelają na strzelnicy, inni ustawiają się do zdjęcia z wypchanym jelonkiem i dzikiem.
Na wzgórzu imponująca twierdza, mury obronne opasują całe wzgórze. Niestety i tutaj brud i smród.
Wino z plastikowej butelki
Autobusem docieramy do Kerczy, najbardziej wysuniętego na wschód miasta Krymu. Dziwne to miejsce. Przez środek miasta biegnie kanał kończący drogę w porcie. Wzdłuż betonowego brzegu biegają szczury, wędkarze moczą kije w brązowej wodzie. Na każdym rogu ulicy ktoś czymś handluje: ten ma kilka pomidorów, tamten melony, ów długie, srebrzyste ryby lub gotowane krewetki. Miasto nie jest ładne, ale widać tu prawdziwe życie ukraińskich rubieży.
Na mapie znajdujemy miejscowość, do której zmierzamy. Pamiętamy, że jej nazwa ma coś wspólnego z wczasami. I jest - Kurortnoje. Jedziemy ponownie marszrutką. Jak okiem sięgnąć, szeroki step. Aż po horyzont ani pojazdu, ani człowieka. Jedynie szutrowa droga i tumany kurzu za nami.
Kurortnoje okazuje się zapadłą dziurą. Błotnista droga z głębokimi koleinami. Przy niej rybackie domki, małe ogródki.
W sklepie tylko szary makaron, marynowane pomidory z metką kołchozu i przecier pomidorowy. Ale miejscowi handlują na małym straganie pomidorami, ogórkami, jajkami. U jednej babci można kupić domowej roboty wino w plastikowej butelce, u drugiej śliwki prosto z ogrodu.
Kurortnoje, ale nie to
Ludzie bardzo przyjaźni. Jak nigdzie indziej na Krymie. Znajdujemy kwaterę w morelowym domku przy plaży. Morze Azowskie jest płytkie, woda bardzo ciepła. Po długiej piaszczystej plaży spacerują krowy.
Kurortnoje było kiedyś prawdziwym kurortem. Zjeżdżali tu, jak mówi nasz gospodarz, wszyscy z Sowietskowo Sojuza. A to dzięki leczniczemu działaniu wody i błota z położonego nieopodal powulkanicznego jeziora. Po przyłączeniuKrymu do Ukrainy skończyły się jednak złote czasy. Ośrodki wczasowe podupadły. Zdarza się spotkać na plaży prowadzącą donikąd bramę, stojący w szczerym polu kosz do gry w koszykówkę albo połowę domu, którego drugą część pochłonęło morze.
Jezioro Czokrak jest piękne. Oddzielone od morza wąską groblą, płaskie, czarne, tajemnicze. Brzegi porośnięte przedziwną roślinnością w zaskakujących kolorach - od intensywnie zielonego, przez jaskrawożółtty, po fluorescencyjnie fioletowy. Dno wypełnia błotnista maź, w której zapadają się stopy. Kilka osób moczy się w wodzie, potem smaruje czarnym błotem i po kilku minutach idzie na drugą stronę grobli wykąpać się w morzu. Inni zbierają leczniczą glinkę do plastikowych baniaków i pakują do bagażnika. Próbuję pływać w jeziorze, ale woda jest tak słona, że wypycha ciało ponad powierzchnię.
Po powrocie do Warszawy okazuje się, że byliśmy w zupełnie innym Kurortnoje niż nasz znajomy. Jego Kurortnoje mieści się nad Morzem Czarnym. Jest tam delfinarium, muzeum przyrodnicze i przystań. Ale dla nas malutka osada nad Morzem Azowskim była spełnieniem marzeń o spokojnym wypoczynku na Krymie.
Najszybciej dociera się na Ukrainę autobusem. Bilet na trasie Warszawa Zachodnia - Lwów kosztuje 75 zł. Autobusy wyjeżdżają kilka razy dziennie, podróż trwa 8 - 9 godzin.
Ważne, by wsiadać na początkowym przystanku, bo autobusy są wypełnione wiozącymi towar Ukraińcami, a siedzenia nienumerowane.
Po Ukrainie znakomicie podróżuje się pociągami. Pamiętają one jeszcze czasy ZSRR. Najtańsza jest tzw. plackarta - miejsce do spania w wagonie bez przedziałów. Obsługa bywa wprawdzie obcesowa, ale możliwość obserwacji lokalnych zwyczajów to wynagradza.
Bilety na dalsze trasy, szczególnie w popularnych kierunkach i w sezonie, trzeba kupić kilka dni wcześniej. Bilet z Kerczy do Kijowa kosztuje 55 hrywien, za pościel płaci się dodatkowo w wagonie 8 hrywien.
Przy kanciapce konduktora znajduje się rozpiska miejsc i czasu postojów. To ważne, bo na peronach można kupić jedzenie, świeże, pyszne i dużo tańsze niż w barach. Trzeba tylko uważać, bo pociąg potrafi odjechać znienacka.
Po Krymie podróżuje się autobusami (7 - 20 hrywien) i prywatnymi busami, tzw. marszrutkami zabierającymi od kilku do kilkunastu osób (1 - 3 hrywny).
Informacja o trasie marszrutki wywieszona jest na przedniej szybie samochodu. Nie mają rozkładu jazdy, odjeżdżają, kiedy zbierze się odpowiednia (ocenia kierowca) liczba pasażerów. Bilety na rejsowe autobusy też lepiej kupować przynajmniej dzień wcześniej. ¦
Na każdym dworcu spotyka się ludzi proponujących noclegi. W kurortach w sezonie może być problem ze znalezieniem łóżka tylko na jednąnoc. Kwater, pokojów, domków jest sporo, trzeba się jednak przygotować na ich dość niski standard. Koszt od 20 do 150 hrywien. ¦
Oficjalnie hrywny, nieoficjalnie dolary. Amerykańska waluta to magiczna przepustka do wszystkiego. We Lwowie w cenie są też złotówki. Jest jużsporo bankomatów i mnóstwo kantorów. Oczywiście, jeśli nie mamy dolarów, hrywny zostaną przyjęte, ale z ociąganiem. 1 hrywna = 1,6 złotego. ¦
Trzeba uważać na surowe potrawy i absolutnie nie pić wody z kranu. Może się to skończyć rozstrojem żołądka.
W większych miastach jest mnóstwo sklepów, bazarów, małych stoisk z jedzeniem i napojami do ręki: ciastko pierogowe przekładane białym serem z pietruszką (5 hrywien), drożdżówka (40 - 70 kopiejek), naleśnik z mięsem (3 hrywny), kwas chlebowy (litr za 2,20 hrywny), wędzone małże (2,50 hrywny), orzechy w owocowej masie (2 hrywny).
Kapitalizm wykwitł pizzeriami i budkami z hamburgerami. Ale udaje się znaleźć jeszcze lokalnepotrawy w restauracjach z myszką i starych barach mlecznych: warieniki (gotowane pierożki z nadzieniem), czeburieki (duże pierogi smażone w głębokim oleju wypełnione mięsem lub serem), barszcz ukraiński, bakłażany faszerowane serem i orzechami, pachlawa (bardzo słodkie ciasto nasączone syropem). Obiad dla dwóch osób kosztuje ok. 25 hrywien. Niektóre z nowoczesnych pizzerii i pierogarni mają całkiem dobre jedzenie. W sieci Czelientano można zjeść pizzę (10 - 20 hrywien), sałatki (3 - 4 hrywny), naleśniki (np. z suszonymi owocami i miodem + gorąca czekolada - 8 hrywien). ¦
Rzeczpospolita - MojePodróże
30 marca 2007r.
|