= Strona główna
 = Informacje praktyczne
 = Lektury
 = Relacje
 = Galerie
Relacje/Rumunia: Ster na monaster
Niegdyś Polacy wygrzewali się na czarnomorskich plażach. Dziś w tym bardzo ciekawym kraju warto szukać zupełnie innych atrakcji.

Polacy, którym Rumunia kojarzy się z wyjazdami turystycznymi sprzed dziesięcioleci, pamiętają ją głównie jako miejsce wczasów nad Morzem Czarnym. W ostatnich kilkunastu latach, gdy Hiszpania, Grecja, Włochy czy choćby Tunezja stawały się coraz bardziej dostępne, wakacje na krótkim i zatłoczonym rumuńskim wybrzeżu można było polecić tylko miłośnikom obudowanych betonem, niezbyt czystych plaż oraz wypoczynku u podnóża wielopiętrowych hoteli.

O dziwo, zwolenników takich atrakcji było całkiem sporo, i to nie tylko Rumunów. Także przybyszów z zachodniej Europy. Powoli rosła zresztą jakość turystycznych usług. Jednak w porównaniu z imponująco modernizującą się ofertą sąsiedniej Bułgarii, wybrzeże rumuńskie do dziś wypada dość blado. Bardziej wymagający turyści odnajdą się w legendarnej miejscowości Vama Veche nad bułgarską granicą, gdzie już w czasach komunizmu ściągali rumuńscy kontestatorzy, hipisi, różne niespokojne duchy. Ale to wszystko. Nawet Mangalia z XVI-wiecznym meczetem Esmahan Sultan czy pełne uroku 350-tysięczne miasto Constanta, rumuński Gdańsk – ze swym secesyjnym Kasynem, minaretem w środku Starego Miasta i czarnomorskim portem jachtowym – mogą przyciągnąć tylko na krótko uwagę wędrowca.

Delta Dunaju
By zrozumieć, dlaczego Rumunia warta jest odwiedzin, lepiej szukać czego innego: na przykład na północ od Constanty, w unikatowym, olbrzymim rezerwacie przyrody w Delcie Dunaju. Na obszarze 5800 km kw. rozciąga się kraina jezior, bagien, kanałów i niewielkich skrawków suchego lądu. Rośnie tam ponad tysiąc gatunków roślin i żyje ponad 3 tys. gatunków zwierząt, m.in. pelikany podlegające ścisłej ochronie. Tam ciszę nocną zakłóca nie muzyka dyskotek, tylko rechot milionów żab. Pamiętam – bo trudno to zapomnieć – wschód słońca oglądany z pokładu małego stateczku.

Większość z 15 tys. trudniących się przeważnie rybołówstwem mieszkańców Delty to osiadli ponad dwa wieki temu w zagubionych wśród bagien wioskach Rosjanie starowiercy, którzy uciekli ze swego kraju na skutek prześladowań religijnych. Zachowali wiele z tradycji religijnych i kulturalnych. Widziałem zagrody zbudowane z trzciny, bosych chłopów w lnianych koszulach, przepasanych kolorowymi pasami, oraz dziesięcioletnie dziewczynki w spódnicach do kostek. Byłem na niedzielnym nabożeństwie w cerkwi o jasnym, ciepłym wnętrzu, z podłogą wyłożoną dywanami i poduszkami.

Turystów w Delcie jest wciąż niewielu i być może dobrze, że tak jest. Można liczyć na kilka hoteli (w tym luksusowe i drogie), ale i na kempingi. Są restauracje z bogatym rybnym menu, są statki wycieczkowe oraz małe stateczki dla kilku pasażerów. Są ludzie oferujący podróż łodziami wiosłowymi i kwatery w wiejskich obejściach. Najpewniejszym sposobem dostania się na Deltę jest przyjazd do stutysięcznego miasta Tulcza, a potem szukanie w tamtejszym porcie najbardziej pożądanego wariantu wyprawy.

Bukowina i klasztory
Innym miejscem magicznym jest Bukowina, północno-wschodnie kresy Rumunii, w XIX w. wschodnie kresy monarchii austro-węgierskiej. Główną atrakcją tego regionu są położone w bukolicznym pejzażu, wokół Suczawy, pierwszej stolicy średniowiecznej Mołdawii, rumuńskie klasztory prawosławne z kościołami, których ściany wewnętrzne i zewnętrzne zdobią bardzo cenione przez historyków sztuki freski o barwach wciąż żywych. Zespół klasztorów, w tym Voronet, Moldovita, Sucevita, Humor, umieszczono na liście najważniejszych zabytków Dziedzictwa Światowego UNESCO.

Polakowi tamtejszy pejzaż przypomina nasze Podkarpacie, zwłaszcza jeśli zajrzy do wsi Nowy Sołoniec, Plesza lub Poiana Micului, które zamieszkują niemal w stu procentach bukowińscy Polacy. 15 sierpnia warto być w miasteczku Kaczyka, gdzie jest założona przez Polaków w końcu XVIII w. kopalnia soli oraz sanktuarium z kopią obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, do którego pielgrzymują masowo rumuńscy katolicy z tej części kraju.

Przyzwoite hotele w Suczawie, a także motele i pensjonaty w okolicach klasztorów, oferują niezbyt drogi pobyt. Bardziej wyrafinowany poszukiwacz przeżyć religijnych i wrażeń kulturalnych będzie mógł spędzić kilka dni w samych klasztorach; zwłaszcza wtedy, gdy pojedzie trochę bardziej na południe, by zwiedzić zespół klasztorów prawosławnych w województwie Neamt, zwany niekiedy mołdawską Górą Athos. Tam trafi do prawdziwych miast mniszek, pełnych kwiatów monasterów Agapia i Varatec, w których żyje po pół tysiąca rumuńskich zakonnic. W większości wstąpiły do klasztoru po upadku komunistycznej dyktatury Nicolae Ceauşescu, gdy zniesiono zakaz przyjmowania nowicjuszów i nowicjuszek.

Świat rumuńskich klasztorów prawosławnych jest w ogóle godny uwagi, a wyjątkowa powszechność w tym kraju wiary i obrzędowości religijnej to fenomen bardzo mało znany. O ile obecność nieprzeliczonych tłumów w kościołach w noc wielkanocną można przypisać tradycyjnemu obyczajowi, o tyle masowy szturm kandydatów i kandydatek na zakonników i zakonnice, zarówno do historycznych, jak i nowo powstających klasztorów, zdaje się świadczyć o wyjątkowej sile wiary na tle innych krajów prawosławnych, którymi rządzili komuniści.

Klasztory nie są miejscami odosobnienia, choć zbudowano je przeważnie w miejscach odludnych. W każdą niedzielę nawiedzają je tłumy pielgrzymów: przyjaciół, członków rodzin zakonników i zakonnic, penitentów do spowiedzi, ludzi, którzy tam biorą śluby i chrzczą dzieci lub odwiedzają groby krewnych na klasztornych cmentarzach. Jako miejsce pochówku były zawsze bardzo cenione, również przez wielkich rumuńskiego świata. Święty Stefan Wielki, najsłynniejszy średniowieczny hospodar mołdawski, spoczywa w klasztorze Putna na Bukowinie. Wspaniały klasztor Curtea de Arges niedaleko Bukaresztu to z kolei nekropolia królewska, gdzie pochowano wraz z małżonkami trzech władców zjednoczonego państwa rumuńskiego, rządzących w drugiej połowie XIX w. i w pierwszej połowie XX w.

Bardziej na zachód południowej Rumunii, w regionie Oltenia, warto odwiedzić cały szereg zabytkowych i wyjątkowo malowniczo położonych wśród wzgórz klasztorów, takich jak Hurez, Polovragi, Cozia czy Dintr-un Lemn, którego nazwa (Z Jednego Drzewa) wzięła się od stojącego na jego terenie kościółka, zbudowanego ponoć z drewna pozyskanego z jednego olbrzymiego pnia. Szczególny urok ma zagubiony w lasach klasztor Tismana, gdzie w 1939 r. zakwaterowano księży kapelanów polskiego wojska, które schroniło się w Rumunii po klęsce wrześniowej.

Targu Jiu
W tym regionie południowej Rumunii była zresztą większość miejsc internowania polskich żołnierzy, w tym wielki obóz dla szeregowców i podoficerów na przedmieściach miasta Targu Jiu. Teren dawnego obozu należy dziś do wojska i tylko mały polski cmentarzyk pozostał poza ogrodzeniem przy drodze. Ktoś, kto uzyskałby pozwolenie wejścia na teren zamknięty, mógłby zobaczyć jedyną, ale za to niezwykłą i wzruszającą pamiątkę po pobycie Polaków: zbudowany przez nich zegar słoneczny z podwójnym cyferblatem, pokazujący czas rumuński i polski.

Warto pamiętać, że życzliwy Polsce rumuński rząd, mimo wściekłości ambasadora Niemiec, patrzył przez palce na masowe ucieczki z obozów internowania. A dzięki sympatii i pomocy rumuńskiego społeczeństwa większość spośród dziesiątków tysięcy internowanych w ciągu kilku miesięcy zdołała zasilić szeregi armii polskiej we Francji.

Dziś miasto Targu Jiu jest warte odwiedzin ze zgoła innego powodu. Tu urodził się jeden z największych Rumunów XX w., światowej sławy rzeźbiarz Constantin Brancusi, który jest mniej więcej tym, kim był Pablo Picasso w dziedzinie malarstwa. Brancusi pracował przez dziesięciolecia w Paryżu (podobnie jak Picasso), ale to w jego rodzinnym mieście można podziwiać w śródmiejskim parku zespół jego rzeźb plenerowych: Bramę Pocałunków, Stół Milczenia, Kolumnę Nieskończoności.

Siedmiogród
Potem staje przed wędrowcem problem przejazdu na północną stronę Karpat Południowych – do Siedmiogrodu. Najbardziej ekscytujące możliwości są dwie. W Curtea de Arges bierze początek droga wspinająca się morderczymi serpentynami na przełęcze wyższych od Tatr i najwyższych w Karpatach gór Fagaras; odwiedzane przez nielicznych polskich turystów o bardziej wyrafinowanych oczekiwaniach już w latach 70. to rumuńska legenda. Do pierwszej połowy lat 60. działała tu antykomunistyczna partyzantka.

Druga możliwość to nie mniej fascynująca przeprawa przełomem Oltu: 50 km drogi nad brzegiem rzeki, wśród przyprawiających o zawrót głowy stromych górskich zboczy. Ta droga prowadzi bezpośrednio do Sibiu, 150-tysięcznego miasta, które równie stosownie można nazwać Hermannstadt, bo taką nazwę nosiło przez wieki, gdy było ośrodkiem kilkusettysięcznej społeczności siedmiogrodzkich Niemców. Dziś pozostało ich zaledwie trzy tysiące, bo większość wyemigrowała przez dziesięciolecia do RFN, ale pozostawili po sobie wspaniałe dziedzictwo kulturowe. Odrestaurowane Stare Miasto trzeba koniecznie odwiedzić, zwłaszcza w tym roku, gdy Sibiu nosi tytuł Kulturalnej Stolicy Europy.

Na Siedmiogrodzie (zwanym przez Rumunów Transsilvania) odcisnęła piętno obecność Węgrów i Niemców, żyjących tu wraz z Rumunami od średniowiecza. Rumuńska większość była długo pozbawiona praw publicznych. Rządzili Węgrzy. Niemcy pozostawili natomiast szczególne ślady kultury materialnej. Wokół Sibiu jest kilkadziesiąt saskich wsi z imponującymi domami farmerów i gminnymi budynkami oraz warownymi kościołami, gdzie chroniła się ludność podczas wrogich najazdów. Z siedmiu miast niemieckich (z których wzięła się niemiecka nazwa tej krainy, przetłumaczona żywcem na język polski) najbardziej godne odwiedzin są Brasov (niem. Kronstadt) z legendarnym Czarnym Kościołem oraz Sighisoara (niem. Schassburg), zachowane w nietkniętym stanie średniowieczne miasto, wpisane na listę Dziedzictwa Światowego UNESCO.

Z Sibiu, poprzez miasto Alba lulia, historyczną stolicę Transsilvanii, oraz położony nieopodal Blaj, stolicę rumuńskiego grekokatolicyzmu i rumuńskiej kultury w XIX-wiecznym Siedmiogrodzie, docieramy do Klużu (węg. Kolozsvar), który jest dziś dla Węgrów mniej więcej tym, czym dla Polaków Lwów i Wilno razem wzięte. Z tym że tu nadal Węgrzy to jedna piąta spośród ponad 300 tys. mieszkańców. Potem, już w drodze powrotnej, warto zatrzymać się w 250-tysięcznym mieście Oradea (węg. Nagyvarad), gdzie Węgrzy stanowią jedną trzecią. A to przede wszystkim ze względu na niezwykłą, secesyjną architekturę starego śródmieścia i wspaniały pałac węgierskich biskupów katolickich. Ale także ze względu na niezwykły i bardzo mało znany polski akcent.

W tym mieście bohaterem narodowym Węgrów jest Polak. Kazimierz Rulikowski przybył do Siedmiogrodu w 1848 r. jako oficer rosyjskiego korpusu, wysłanego przez Moskwę dla niesienia pomocy Austriakom w tłumieniu węgierskiego powstania. Tu jednak przyłączył się do powstańców. Został schwytany przez Rosjan i rozstrzelany. Na miejscu jego pochówku Węgrzy wznieśli pierwszy grobowiec na cmentarzu zwanym do dziś cmentarzem Rulikowskiego (pod tą nazwą należy go szukać). W czasach komunizmu, w dniach węgierskich świąt narodowych, składali na grobie Polaka wiązanki kwiatów i zapalali znicze.

Bukareszt
Wędrowiec zrobi błąd, jeśli przed opuszczeniem Rumunii nie odwiedzi na którymś z etapów podróży jej stolicy, Bukaresztu, choć reklamowanie tego miasta jako turystycznego celu jest zdecydowanie nie w modzie. Stolica Rumunii to jednak miejsce fascynujące.

Bukareszt stał się wielką metropolią już w latach międzywojennych. Kilkutysięczna dziś mniejszość włoska to potomkowie robotników budowlanych, którzy emigrowali z biednej Italii w latach 30. w poszukiwaniu pracy. W mieście rosły wielkie willowe dzielnice o niezwykle oryginalnej architekturze, fundowane przez ziemian, właścicieli pól naftowych, funkcjonariuszy rosnącego w siłę państwa. To właśnie spacer małymi uliczkami dzielnic Aviatorilor czy Cotroceni może być największą atrakcją odwiedzin tego miasta i pokazuje, czym była Rumunia, zanim spotkała ją komunistyczna katastrofa.

Już w drugiej połowie XIX w., za rządów pierwszego króla Karola I z niemieckiej rodziny Hohenzollernów, wokół prawosławnych kościołów, wzdłuż rozchodzących się gwiaździście ulic budowano parterowe domki, domy i całkiem okazałe rezydencje, nawiązujące do stylu włoskich dworków szlacheckich z dodatkiem neoklasycystycznej ornamentyki. Do dziś można je odnaleźć, choćby w okolicach śródmiejskiego placu Rosetti. Wyrażają i rumuńską swojskość, i tęsknotę za wielką Europą.

W latach 30. Bukareszt był miastem rozrywki i kultury, przyciągającym przybyszów z Europy. Tu żyli w młodości Mircea Eliade, jeden z największych myślicieli XX w., i Eugene Ionesco, twórca teatru absurdu. Czasy królewskie pozostawiły po sobie dziś nieco zaniedbane, ale wciąż piękne kościoły i pałace, monumentalne gmachy banków i ministerstw, centralny bulwar Magheru-Balcescu, niezwykłą ulicę calea Victoriei, olbrzymi park Herastrau z jeziorem, po którym pływają jachty i statki wycieczkowe. W centrum miasta stoi budynek sądów będący kopią Pałacu Sprawiedliwości w Paryżu.

Temu Bukaresztowi, jak całej rumuńskiej przeszłości, wydał wojnę Nicolae Ceauşescu; w latach 80. postanowił zburzyć centrum i zbudować w to miejsce nowe miasto według północnokoreańskich wzorów. Prace buldożerów dyktatora przerwało jego obalenie w grudniu 1989 r. Zniszczył jednak jedną czwartą śródmieścia. W tym miejscu zbudował monumentalną dzielnicę nomenklatury i drugi co do wielkości na świecie (po siedzibie Pentagonu) gmach, który miał być rezydencją wszystkich najwyższych władz – pomnik szalonej pychy.

Dziś jest to „zabytek” bardzo reklamowany. Chyba jednak warto go omijać, skupiając uwagę na pełnym dziś radości i optymizmu mieście, gdzie restauracje pękają w szwach, a w ciepłych porach roku nawet w najbiedniejszych dzielnicach tysiące ludzi, zwyczajem południowców, świętuje wieczorami w osiedlowych pubach na wolnym powietrzu.

Autor jest publicystą, członkiem rady redakcyjnej „Więzi”. W latach 1993–99 był ambasadorem RP w Rumunii, a w latach 2001–2003 korespondentem „Rzeczpospolitej” w Bukareszcie.

POLITYKA
Nr 27
02 lipca 2007