W Polsce zwykliśmy na całą Republikę Czeską mówić Czechy. Wewnątrz tego państwa podział na Czechy, Morawy i Śląsk ma duże znaczenie i trzeba to uwzględnić. Inaczej zdanie, które można usłyszeć od niezadowolonego konesera w winiarni na Morawach: "Takie wino to pan może podawać w Czechach", nie będzie miało sensu.
Trochę Śląska na początek
Darkowiczki (Darkovičky). Ok. 2 km od polskiej granicy. Jeden z tzw. dużych bunkrów, pozostałych z pasa umocnień budowanych przez Czechosłowację dla ochrony przed atakiem niemieckim w latach 19351938. Bunkier na kilkudziesięciu żołnierzy, z wieżyczkami artyleryjskimi, robi wrażenie. Jeśli mamy szczęście, oprowadzi nas po obiekcie któryś z zapaleńców historii wojskowości z Muzeum w Opawie i wtedy można się zdumieć nad przemyśleniem detali i kunsztem budowniczych tego typu konstrukcji. Bunkier nigdy nie był praktycznie wykorzystany. W 1938 r. Czechosłowacja czuła się zmuszona przyjąć dyktat monachijski i oddać ten teren Niemcom; w 1945 r. Niemcy, bojąc się okrążenia, sami opuścili umocnienia.
Opawa (Opava). Po niemiecku Troppau, od wojny siedmioletniej historyczna stolica Śląska Austriackiego, jednego z krajów koronnych Austrii (z dzisiejszych ziem polskich należały do niego m.in. Bielsko i Cieszyn). Mieszkańcy z dumą mówili o swoim mieście mały Wiedeń. Opawa jest chyba jedynym czeskim miastem, o które toczyły się pod koniec wojny walki frontowe. Miasto zasługuje na spacer po starej secesyjnej części, gdzie czuje się atmosferę przełomu XIX i XX w. Później można usiąść przy kawie, np. przy ratuszu, w kawiarni kultywującej atmosferę fin de siècle’u. Atrakcją dla koneserów jest Muzeum Śląskie, jedna z najstarszych tego typu instytucji na terenie Republiki Czeskiej (założone w 1814 r.) z biblioteką, archiwum i instytutem badawczym. Wiele jest tam dokumentów o Śląsku Cieszyńskim.
W mieście od kilku lat działa najmłodszy uniwersytet w Czechach, który zamierza specjalizować się w problematyce polskiej. Wzorcowa jest współpraca Raciborza i Opawy. Pod patronatem miejscowych władz napisano nawet dwujęzyczny podręcznik historii regionu, używany w okolicznych szkołach na godzinach wychowawczych.
W Opawie zdawał maturę Georg Mendel i tu zaczął hodować pszczoły. Jak wiadomo, dało to początek genetyce na skalę światową.
Teraz Morawy
Ołomuniec (Olomouc). Historyczna (do 1641 r.) stolica Moraw. Ciekawe barokowe i klasycystyczne budowle, zwłaszcza pozostałości barokowych umocnień, terezjańskiej architektury fortecznej (Terezska brána) oraz unikatowe w skali światowej barokowe studnie.
Główną atrakcją jest zdecydowanie monumentalny, 35-metrowy słup morowy Trójcy Najświętszej, zbudowany w latach 17161754 (Górny Rynek, Horní námĕstí), zbudowany w podzięce dla łaski boskiej za zakończenie zarazy moru, podczas której w latach 17131715 zmarła spora część mieszkańców miasta. Przez historyków sztuki uważany jest za jeden z najpiękniejszych na świecie. Jeśli chce się zrozumieć barok i jego ekspresję, jego pasje i duchowe uniesienia, trzeba tu przyjść. Monumentalizm, przesada, wielkość, która ma zapierać dech i ułatwić poczucie więzi z Absolutem to wszystko można tu poczuć, najlepiej rano w ostrym powietrzu poranka. Jeden warunek, nie wolno się spieszyć.
Ołomuniec był przez wieki jednym z największych miast koszarowych w Europie. To tu był ów słynny Fischplatz, gdzie na warcie stali polscy żołnierze z Galicji, czego śpiewaną reminiscencję zna chyba każdy polski inteligent z czasów studenckich śpiewów przy ognisku. Chodziło zapewne o łąkowe tereny ćwiczeń z musztry nad rzeką Morawą, u podnóża pałacu arcybiskupiego (stali mieszkańcy używali raczej terminu Freiplatz), w którym kwaterował podczas swego pobytu w mieście cesarz Franciszek Józef. Darzył on Ołomuniec sentymentem, bo tu, mając 18 lat, przejął koronę z rąk cesarza Ferdynanda I podczas rewolucyjnych wydarzeń Wiosny Ludów w 1848 r.
Kromierzyż (Kromĕříž). Stare, rezydencjonalne miasto biskupów z Ołomuńca, prawdziwa perełka. Po zniszczeniach wojny 30-letniej odbudowane w formie barokowej i uzupełnione ogrodem. Największe straty spowodowała powódź w 1998 r., która zniszczyła prawie 150 cennych drzew. UNESCO uznaje park wraz z tzw. Ogrodem Kwiatowym za jeden z najpiękniejszych w Europie. A przecież ogród to nie wszystko. Jest jeszcze pałac arcybiskupów w stylu późnego baroku. Trzeba koniecznie wejść do środka. Godna podziwu jest salla terena (półgrota tworząca naturalne przejście między pałacem a parkiem ze sklepieniem pokrytym naturalistycznymi stiukami) ze sztukaterią Baldassara Fontany i freski w bibliotece autorstwa Franciszka Antonina Maulbertscha, a w pałacowej galerii m.in. dzieła Tycjana i van Dycka. Pałac jest też miejscem szczególnego przeżycia historycznego. Tutaj od 22 listopada 1848 r. do 7 marca 1849 r., w czasie Wiosny Ludów, przeniósł swe obrady z Wiednia konstytucyjny Sejm Rzeszy. Został rozpędzony siłą przez wojsko. Trzeba też wyjść na rynek, który jest po prostu oszałamiający: ratusz, dom Regenta, dom Pod złotym kogutem, kościół Wniebowstąpienia Panny Marii.
Żdziar nad Sazawą (Ždár nad Sázavou). Miasto na samej granicy Czech i Moraw. W okolicy zaczyna się i ciągnie kilkadziesiąt kilometrów w kierunku Pragi jedno z największych w Czechach skupisk rekreacyjnych chat i chałup w malowniczej dolinie rzeki Sazawy to rejon Posázavi.
Przez kilka wieków Żdziar był osadą przy klasztorze cysterskim, założonym w XIII w. Nie do przecenienia jest cywilizacyjna rola cystersów: karczowali lasy, wprowadzali nowoczesne rolnictwo, budowali drogi, osady, urządzenia komunalne. Żdziar i kompleks poklasztorny jest materialną pamiątką, choć trzeba umieć ją dojrzeć i odczytać po licznych przebudowach. Klasztor został przebudowany w I połowie XVIII w. przez jednego z najlepszych architektów europejskich tamtego czasu Giovanniego (Jana Błazeja) Santiniego-Eichla.
Była część rezydencjalna została zwrócona po upadku komunizmu jednej z gałęzi wielkiej niemiecko-środkowoeuropejskiej rodzinie Kinskych (właścicielom dóbr po kasacie zakonu). Było to uhonorowanie przez władze czeskie tych z nich, którzy jako jedni z nielicznych arystokratów w przedwojennej Czechosłowacji zadeklarowali się jako Czesi, a wojnę spędzili na emigracji w Anglii. Obecny właściciel Żdziaru urządził w pałacowej części muzeum historii swojej rodziny. Może nieco naiwne, ale ciekawe jako zjawisko socjologiczne.
Ok. 1,5 km od zabudowań klasztornych znajduje się inne cacko Santiniego kościół św. Jana Nepomucena na Zielonej Górze, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jest dzisiaj jeszcze w dość smutnym stanie. Przez kilkadziesiąt lat nieużywany, nieogrzewany, rozkradany; dopiero po 2000 r. staraniem miejscowych entuzjastów i przedsiębiorców rozpoczęto powolną rekonstrukcję. Kościół został zbudowany przez Santiniego na planie pentagramu, a w konstrukcję i obrys tak murów, jak i budynku wpisane są różne elementy masońskiej symboliki (np. powtarzające się piątki: pięć wyjść z kościoła, pięć ołtarzy, grupy po pięć rzeźb etc., czy przedstawienie oka wszystkowidzącego na suficie), co było aktem ironii i odwagi w czasach, kiedy Kościół zwalczał masonerię.
Trzebicz (Třebič). Jedno z najstarszych miast morawskich. Klasztor benedyktynów, który dał początek osadzie, został założony w 1101 r. Miasto leżało na szlaku handlowym z Brna (a więc z Węgier i z Ukrainy do południowych Czech, Bawarii i północnych Włoch). Na przełomie średniowiecza i czasów nowożytnych wytworzył się tu znaczący ośrodek produkcji tekstyliów; powstała duża i bogata gmina żydowska. W 1842 r. powstała fabryka obuwia K. Budischowsky, która pod koniec XIX w. zatrudniała tysiąc robotników. W 1931 r. kupił ją Tomasz Bata (po czesku czytaj Bacia) i przeniósł do Zlina; dała początek obuwniczemu imperium.
Koniecznie trzeba zobaczyć dwie rzeczy: kościół farny św. Prokopa z XVIII w. przebudowany z romańskiej bazyliki, której zachowało się nadzwyczaj dużo, oraz pozostałości unikatowej żydowskiej dzielnicy z XVI/XVII w., co jest czymś zupełnie innym niż XIX-wieczne sztetle, jakie znamy z Galicji czy Kongresówki. Plątanina przejść pomiędzy mieszkaniami i podwórkami, którymi można się poruszać, nie wychodząc w ogóle na ulicę. Można poczuć, co to było getto i jaką miało atmosferę (oczywiście getto klasyczne, nie w tym rozumieniu, które narzucili w XX w. naziści). Trzeba jednak ostrzec, że to rarytas dla koneserów w sumie chodzi bowiem o kilkanaście domów.
Brno Villa Tugendhat. To tylko jeden budynek w Brnie, stolicy Moraw. Ale jaki budynek! Zbudowana w latach 19291939 przez miejscowego fabrykanta tekstyliów Fritza Tugendhata willa dla córki. Zaplanował ją wybitny architekt Mies van den Rohe i jest jednym ze sztandarowych przykładów wkładu szkoły Bauhausu w światową myśl architektoniczną. W swoim czasie to była rewolucja nie tylko w konstrukcji i bryle budynku, ale też w wykończeniu, detalach i w meblach. Przełom porównywalny z wizją Le Courbusiera w dziedzinie budynków publicznych. Po zbudowaniu tej willi nic już nie było w architekturze mieszkaniowej takie samo. Zaczął się modernizm. Otwierając okna balkonowe na Ursynowie, Bródnie czy na Zaspie (albo w milionach innych miejsc na świecie) nie uświadamiamy sobie, że korzystamy z pomysłu van den Rohego.
A w tle toczyła się dramatyczna historia XX w. Tugendhatowie, pochodzenia żydowskiego, pod koniec lat 30. musieli porzucić swój słynny dom (którego zdjęcia już wtedy były w podręcznikach architektury i historii sztuki) i uciekać do Ameryki. Po wojnie komuniści dom znacjonalizowali i urządzili tam przychodnię lekarską, a potem przedszkole. W 1992 r. w willi spotkali się na rozmowach na szczycie Vaclav Klaus i Vladimir Mečiar i tutaj podjęli decyzję o rozpadzie Czechosłowacji.
Z okien willi widać panoramę Brna, miasta, którego warto posmakować. Jest tam oczywiście Szpilberg, więzienie narodów XIX-wiecznej Austrii, święte miejsce katorgi tych, którzy walczyli o wolność dla Włoch, południowych Słowian, czy o... zwycięstwo ideałów anarchizmu. Ale Brno to przede wszystkim mieszczaństwo bogate, wykształcone, ambitne i kulturalne; warstwa, która tyle uczyniła dla liberalnej Europy. To miasto, gdzie dobrze się słucha muzyki i pije wino (nie piwo! Nie jesteśmy w Czechach!). Brno jest pełne lokalnych patriotów, którzy dumni są z tego, że potrafią mówić brneńską hantyrką (dialektem).
No i jesteśmy w Czechach
Lipice nad Cidliną (Libice nad Cidlinou). Wioska, taka w typie półmiejskim, typowa dla środkowych Czech. Kilka kilometrów od Podziebrad w kierunku na Hradec Kralove. O dojazd najlepiej się pytać miejscowych; trzeba mówić Libice albo Svaty Vojtech. Tu w X w. znajdowała się stolica państwa Slavnikowców, którzy ulegli w walce Przemyślidom. Ci drudzy stworzyli potem Czechy. Wymordowali jednak najpierw prawie całą rodzinę Slavnikovców, z wyjątkiem dwóch małych chłopców Wojciecha i Radima. Wojciech uczył się później w Magdeburgu i Rzymie, a potem pojechał nad Bałtyk nawracać Prusów. Zginął śmiercią męczeńską. To św. Wojciech, patron Europy, patron Polski, patron Czech. Nie jest pewne, gdzie został ostatecznie pochowany. Jego szczątki jako relikwie spoczywają w Gnieźnie i w Pradze. Radim, brat Wojciecha, pojechał za nim do Polski i został pierwszym prymasem naszego kraju.
Na łące za Libicami prowadzono w okresie międzywojennym i po II wojnie światowej prace archeologiczne. Udało się ustalić, gdzie była brama grodziska, gdzie kościół, gdzie dom książęcy. Zarysy budowli są wyznaczone wśród trawy linią z kamieni. I nagle czujemy genius loci. To tu tysiąc lat temu bawili się między budynkami mali chłopcy: Wojciech i Radim. W pobliżu przed kilkoma laty postawiono rzeźbę przedstawiającą obu braci w naturalnej wielkości już jako dorosłych.
Duchcow (Duchcov). Tego miasta nie ma w żadnym przewodniku. To zaniedbane, opuszczone poniemieckie miasto w tzw. Pograniczu, kilka kilometrów od Teplic, 20 km od wojewódzkiego Usti nad Labem. Przejeżdżający samochód zwraca uwagę cygańskich dzieci (przymusowo przesiedleni po II wojnie światowej Romowie ze Słowacji tworzą znaczącą część dzisiejszych mieszkańców miasta).
A było to kiedyś zasobne, żywe miasto. Nawet z daleka ściągali tutaj uczniowie do znanej szkoły górniczej. W pałacu bywali w gościnie Ludwig van Beethoven, Johann Wolfgang Gőethe, Fryderyk Chopin. Zamek należał do Wallensteinów (Valdštejnów po czesku). W 1812 r. spotkali się tutaj car Rosji Aleksander I, król Prus Fryderyk Wilhelm III i cesarz Austrii Franciszek I. Jednak największe wrażenie robi historia 13-letniego pobytu w Duchcowie (znanym wówczas pod niemiecką nazwą Dux) wielkiego awanturnika, symbolu przygód miłosnych i przygód płaszcza i szpady, Giacomo Girolamo Casanovy. Właściciele zamku ufundowali podstarzałemu już amantowi swego rodzaju emeryturę, zatrudniając go jako pałacowego bibliotekarza i niespecjalnie egzekwując od niego jakąkolwiek pracę. W Duchcowie Casanova napisał swoje znane pamiętniki. Tu zmarł i tu został pochowany. Po latach teren, gdzie był cmentarz, zamieniono w skwer. Zachowane płyty nagrobne wmurowano w ścianę byłej kaplicy cmentarnej. Przypadkiem ostała się i tablica Casanovy. Hic transit gloria mundis!
Karlowe Wary Mariańskie Laźnie (Karlovy Vary Marianske Laznĕ). Dwa uzdrowiska leżące niedaleko siebie, rywalizujące z sobą, postrzegane nawet jako przeciwieństwa. A w gruncie rzeczy to samo: Karlsbad i Marienbad światowe archetypy uzdrowisk. Znawcy i kuracjusze dzielą się na dwie szkoły, które wiodą odwieczny spór o wyższości Karlowych Warów nad Mariańskimi Łaźniami lub na odwrót. Do Karlsbadu jeździł Goethe, a do Marienbadu król angielski Edward VII. Karlsbad jest starszy, bardziej znany. Robi większe wrażenie zamożności, ma więcej hoteli i słynne samoczynnie bijące na wysokość kilkunastu metrów gorące źródło. Tutaj jest słynny hotel Pupp, esencja high-life’u z przełomu XIX i XX w. Tutaj produkuje się słynną nalewkę ziołową Becherovkę i tutaj mieści się słynna wytwórnia szkła Moser. Ale to w Mariankach powstał pierwszy w Europie Środkowej klub golfowy itd., itd. Odpoczywająca w Europie rosyjska arystokracja i tu zbudowała dla siebie przed rewolucją cerkwie. Nowi Rosjanie jak na razie bywają tylko w Karlowych Warach.
Mariańskie Łaźnie za komunizmu znajdowały się w półzamkniętej strefie granicznej z RFN. Więcej tam było sanatoriów wojskowych i zakładowych. Później zaczęto je remontować. Może więc są trochę mniej spektakularne. Ale Nowa Kolumnada (nowa, to znaczy z 1889 r.) to coś wspaniałego, majstersztyk sztuki użytkowej. Mariańskie Łaźnie mają też kilka polskich akcentów. Tu spotykał się ze swoją zostawioną w kraju narzeczoną Fryderyk Chopin. Na przełomie wieków polscy kuracjusze ze Lwowa ufundowali w samym centrum miasta poświęcone temu wydarzeniu tablice w języku polskim i francuskim, traktując to jako demonstrację swej polskości. W samym centrum kurortu jest muzeum Chopina, a w sierpniu odbywa się tutaj prestiżowy festiwal chopinowski.
Oba kurorty mają w okolicy miejsca, których po prostu nie wolno nie odwiedzić. Niedaleko od Karlowych Warów leży Loket, miasteczko jak z bajki. Żadne wielkie zabytki. Po prostu sam urok, jak ze starych rycin. Nic dziwnego, że tak lubił je Goe-the. W XIX w. miasto słynęło z introligatorów i przygotowywania bibliofilskich wydawnictw. (Można je było podziwiać w najnowszym odcinku przygód Bonda, gdzie „grało rolę” czarnogórskiej miejscowości).
Z Mariańskich Łaźni zaś warto pojechać do Lazni Kyn-žvart (znanych w świecie pod niemiecką nazwą Bad Königswart), posiadłości kanclerza Metternicha, który tu trzymał swoją zachowaną do dzisiaj wspaniałą bibliotekę oraz różne ważne dla siebie pamiątki, jak np. stół, przy którym obradowano podczas kongresu wiedeńskiego w latach 18141815. Pałac otoczony jest pięknym parkiem angielskim.
Czeski Krumlow (Český Krumlov). Prawdziwa klasa można tu spokojnie spędzić tydzień. Kilkadziesiąt kilometrów obok jest przepiękna, pusta górska Szumawa (Šumavy) z jeziorem Lipno pośrodku, które zaspokoi nawet wybrednych żeglarzy. Szumawa wciąż jeszcze odczuwa wymianę ludności po II wojnie światowej stąd pustki i widoczne czasem zapuszczenie wsi i miasteczek.
Krumlow jednak kwitnie. Za komunizmu było to miasto, gdzie można było dojechać jedynie ze specjalną przepustką, bo Austria tuż-tuż (mieszkańcy Linzu wpadają tu np. na niedzielny obiad). Miasto, leżące malowniczo w pętli Wełtawy, zostało w ostatnich latach odremontowane i jest po prostu zachwycające. To prawda, że tłum turystów bywa już zbyt duży i uciążliwy. Największą atrakcją jest zamek, drugi co do wielkości w Czechach po praskich Hradczanach, o kilku dziedzińcach, kilku poziomach, z pełnymi uroku, kunsztownymi łącznikami przerzucanymi pomiędzy poszczególnymi korpusami.
Przez 250 lat należał do niemiecko-czeskiej rodziny książęcej Schwarzenbergów, którzy mieszkali tu bezpośrednio do 1871 r., a w ich zarządzie zamek był do maja 1945 r. Byli miłośnikami teatru. Na początku XVIII w. wybudowali ogród francuski z pawilonem teatralnym z obrotową sceną, a w latach 60. tego samego wieku prawdziwy cud techniki, salę teatralną w zamku z maszynerią do efektów specjalnych i szybkiego zmieniania scenografii, która budzi podziw do dzisiaj. Koniecznie trzeba się dostać za kulisy. W zasadzie nie jest to łatwe, ale udaje się, kiedy pracownicy widzą prawdziwe zainteresowanie.
Trzeboń (Třeboň). Wspaniałe Czechy Południowe. Mniej znane w Polsce. Niesłusznie. Ich kwintesencją jest Trzeboń. Położony w krainie stawów rybnych, zakładanych niegdyś przez cystersów, utrzymywanych od średniowiecza, a unowocześnionych w XVI w. przez miejscowego bohatera Jakuba Krczina. Miejscowi twierdzą, że Trzeboń to największy producent karpi w Europie. W każdym razie w pobliskich Czeskich Budziejowicach na uniwersytecie jest wydział hodowli ryb. Trzebońskie stawy to mistrzowskie dzieła techniki. Taki np. Rożmberk, budowany przez 6 lat w drugiej połowie XVI w., ma 770 ha powierzchni. Otaczająca go grobla ma długość 2,4 km, a wysokość 11,5 m. W mieście jest także co najmniej pięć dobrych restauracji. Wtajemniczeni nawet z Pragi jeżdżą do tutejszych restauracji rybnych Šupiny i Šupinki (łuski i łuseczki). Odległe od siebie o 20 m, znajdują się na skraju parku zamkowego.
W okolicy małe miasteczko Chlum u Třeboňĕ. Stare, barokowe miejsce pielgrzymkowe. Dzisiaj senne i pustawe. Ładna perspektywa kościoła na wzgórzu, wieńczącego niegdyś pątniczy szlak (w kościele od lat polski ksiądz, opiekujący się tą i pięcioma innymi parafiami). To stąd wyjechał w 1914 r. w swą ostatnią podróż do Sarajewa następca tronu Austro-Węgier arcyksiążę Franciszek Ferdynand.
Miasteczko otoczone pięknymi lasami i jeziorami (np. jezioro Hejtman); możliwość ciekawej wycieczki rowerowej do pobliskiej Dolnej Austrii (przez przejście dla pieszych i rowerzystów w Litschau z możliwością zwiedzenia tam nieodległego malowniczego zamku Heidenreichstein).
Konopiszte (Konopištĕ). Zamek koło Beneszowa w Czechach Środkowych, stał w tym miejscu już w XIII w. Dzisiejszy pochodzi z wielkiej przebudowy z lat 18891894. Franciszek Józef, który nie lubił swego następcy tronu i siostrzeńca, chcąc mieć go daleko od Wiednia, wybrał dla niego osobiście ten zamek na miejsce zamieszkania. Przez 20 lat czekał tutaj arcyksiążę Franciszek Ferdynand na śmierć cesarza i objęcie tronu. Jak wiadomo, nie doczekał, w 1914 r. został zastrzelony przez serbskiego zamachowca w Sarajewie. W Konopiszte zajmował się głównie polowaniami. To zamiłowanie przekroczyło u niego granice psychopatii. Polował latami prawie codziennie. W tysiącach czy nawet dziesiątkach tysięcy sztuk można liczyć upolowaną przez niego zwierzynę i ptactwo. Wszystko to pieczołowicie dokumentował. Dzisiaj kolekcja łowiecka w Konopiszte jest być może największa na świecie i, prawdę mówiąc, robi dosyć upiorne wrażenie. Ale wszystko jest rzeczą gustu.
W latach II wojny światowej rejon Beneszowa stał się największym poligonem wojsk Waffen SS w Rzeszy (przygotowywały się tu stale do wyjazdu na front 23 dywizje i ulokowane były liczne szkoły i kursy), a jego dowództwa i sztaby kwaterowały na zamku.
Zamek przetrwał XX w. bez żadnych uszkodzeń, nawet meble, zastawa i sztućce nie uległy zniszczeniu. Fascynujące jest właśnie wyposażenie wnętrz. Niestety, jeśli chodzi o zwiedzanie, w Konopiszte panuje jeszcze socjalizm (tradycja mieszania epok więc trwa): zamek można zwiedzać tylko w grupach określonej wielkości i tylko w wyznaczonych godzinach.
A co z Pragą? Do Pragi trzeba przyjechać oddzielnie. Żeby utrzymać się w konwencji prywatnej impresji, proponuję tylko dwie rzeczy, których nie ma w żadnym przewodniku: piwo z widokiem na Pragę w ogródku w Riegrovych Sadach na Winohradach i prawdziwie górską wycieczkę na Divoką Šarkę niedaleko od śródmieścia.
Autor jest historykiem, w latach 20012005 był ambasadorem RP w Republice Czeskiej (jako jedyny z ambasadorów akredytowanych w Pradze prowadził w trakcie swej misji kursowy wykład na Uniwersytecie Karola z historii Polski), a w latach 20062007 podsekretarzem stanu w Kancelarii Prezydenta RP.