Najlepszego sylwestra w życiu spędziłam kilka lat temu we Lwowie. Latem byłyśmy tam z koleżanką na plenerze fotograficznym. Wszystko wyglądało jak w Polsce piętnaście lat wcześniej. Bardzo nam się podobało to piękne, ale zaniedbane miasto i jego serdeczni mieszkańcy. Postanowiłyśmy, że przyjedziemy do Lwowa na sylwestra.
Pod swój dach przyjął nas zaprzyjaźniony lwowiak, Polak wynajmujący miejsca młodzieży. Warunki były spartańskie, za to pan Antoni bardzo gościnny. Nikogo z niezapowiedzianych gości nie wypuszczał, wielkie mieszkanie w starej kamienicy wypełnione więc było po brzegi ludźmi. Sylwestrową noc spędziłyśmy na ulicach. Na głównym placu przed operą odbywał się spektakl dramatyczny, mocno pobrzmiewały w nim nuty narodowe. Ale wokół wszyscy się świetnie bawili, chodzili z piwem, szampanem, pośród tłumów krążyły Mikołąje oraz Śnieżynki.
O pomocy pod pomnikiem Mickiewicza spotkałyśmy znajomych z Warszawy, którzy przyjechali z biurem podróży. Mieli bal w słynnym hotelu George, spontanicznie dołączyliśmy do nich. Atmosfera była niesamowita - mieszały się klimat socjalizmu z dawną świetnością miasta. Był wodzirej, akrobacje, śpiewy. Do domu wracałyśmy zatrzymaną na ulicy taksówką, jak się okazało, z kompletnie pijanym kierowcą. Wytrzęsło nas porządnie na lwowskich brukach.
Ostatnim akcentem wesołego wieczoru był chór na środku ulicy pod naszym domem. Grupka młodzieży śpiewała, słychać było, że głosy mają wyszkolone, a przed nimi na taborecie kuchennym stał facet i dyrygował.
Agnieszka Rayss
RZECZPOSPOLITA
1 grudnia 2006
